Strona główna / Wyróżnione / Kółko wzajemnej adoracji?

Kółko wzajemnej adoracji?

W komentarzu do niedawnego artykułu: „Bohater dla Chorągwi – ale właściwie po co?” Pojawiły się oskarżenia do instruktorów, którzy nie pojawiają się na dużej liczbie harcerskich, instruktorskich spotkań.

Absolutnie podziwiam tych instruktorów, którzy mimo, że są w pełni dorosłymi ludźmi, mają pracę, rodzinę nadal są na prawie wszystkich imprezach harcerskich. Naprawdę pełen podziw, ale tutaj chciałbym przedstawić myśl, z którą chyba nie wszyscy się zgadzają:

MOŻNA BYĆ DOBRYM HARCERZEM NIE POŚWIĘCAJĄC ZHRowi 100% SWOJEGO CZASU WOLNEGO.

Myślę, że niezrozumienie tej prawdy sprawiło, że ZHR stracił kilku dobrych ludzi.

Ja nie uważam się jeszcze za w pełni dorosłą osobę ,a już dostrzegam poważne konflikty czasowe, a przewiduję, że będzie ich coraz więcej.

Każdy z nas ma określoną ilość czasu w tygodniu. Oczywiście tylko i wyłącznie od nas zależy jak ten czas rozdysponujemy. Niemniej większość instruktorów to studenci i ludzie stawiający pierwsze kroki na rynku pracy. Realia są takie, że chcąc osiągać sukcesy na tych polach trzeba poświęcać na to coraz więcej i więcej czasu. Mi jako studentowi zajęcia na uczelni zajmują 48 godzin w tygodniu. Bez zajęć sportowych, a na tle akademickiego środowiska jestem gdzieś w środku zarówno jeśli chodzi o ilość podejmowanych aktywności jak i czas poświęcany nauce. Jeśli chodzi o pracujących to rzeczywistość jest taka, że nieliczni mogą pochwalić się 8 godzinnym dniem pracy. Chyba tylko pracownicy instytucji państwowych i tych z silnymi związkami zawodowymi, a pewnie i tam zostaje się po godzinach. Powoli normą staje się 10 godzinny dzień pracy zwłaszcza w pierwszych latach wykonywania zawodu. Wśród znajomych mi absolwentów mojej uczelni znaczna cześć przez pierwsze dwa lata pracuje po 12-13 godzin 6 dni w tygodniu, chociaż to wyjątkowa specyfika uczelni i miasta czyli przypadek skrajny.

Drugim istotnym faktem jest to, że wiek większości instruktorów jest też czasem zakładania rodziny. Dowodem niech będzie ilość instruktorów naszej Chorągwi świeżo po ślubie i ostatnio zaręczonych. Wydaje mi się zbędne tłumaczenie, że to również wymaga czasu.

Dodatkowo, może się zdążyć, o zgrozo, że ktoś będzie miał jakieś inne zainteresowania poza harcerstwem: chce tańczyć, grać, uprawiać sport wyczynowo itd.

Nie twierdze, że nie da się tego wszystkiego pogodzić. Da się, okazuje się jednak, że na aktywność harcerską trzeba coś poświecić. Każdy z nas sam decyduje co jest najważniejsze. Ot brzemię dorosłości.

Jestem jednak przekonany, że są wśród nas instruktorzy i kandydaci na instruktorów, którzy kochają harcerstwo, są wierni jego ideałom, a równocześnie pragną realizować się i odnosić wielkie sukcesy na innych polach.

Pytanie do Ciebie, Druhu Czytelniku, czy potępianie tych, którzy nie są obecni na każdym harcerskim festiwalu, spotkaniu integracyjnym czy wieczorze dyskusyjnym, jest słuszne? Czy chęć zrobienia kariery i zarabiania pieniędzy by móc zapewnić jak najlepsze życie swojej rodzinie jest godna potępienia? Nie mówiąc o chęci zdobycia złotego medalu na olimpiadzie, wygrania konkursu Chopinowskiego, wychowania piątki fantastycznych dzieci, prowadzeniu badań naukowych w odległym zakątku świata i wielu, wielu innych.

Z pewnością takie zachowanie jest w tym momencie faktem. Tak naprawdę sami zamykamy się w wąskim gronie złożonym z ludzi będących w stanie bardzo wiele harcerstwu poświecić . Powstaje kółko wzajemnej adoracji.

Z każdą kolejną chwilą w której ktoś nie pojawia się gdzieś jesteś coraz bardziej spychany na margines, a pojawiając się gdzieś sporadycznie widzisz pokazywanie palcem i pytania: ty żyjesz? To nie stoczyłeś się na dno? I piszę ten artykuł nie jako wyrzucanie frustracji , ale jako osoba wdzięczna, że okazało się, że jest w harcerstwie starszy brat, który pomoże znaleźć równowagę. Czy ty starasz się być dla kogoś takim starszym bratem? Wspierasz czy obgadujesz?

Najwięcej uwagi poświęcamy tym najbardziej aktywnym, na których zawsze można liczyć, często skreślając tych których od jakiegoś czasu nie widzieliśmy. To chyba nie do końca słuszny rozkład sił…

Prawdą jest, że liniowych instruktorów w postaci drużynowych jest potrzebnych dużo, ale wyżej jest już tylko trzech hufcowych, a komendant chorągwi jeden. Co zatem z całą rzeszą byłych drużynowych? Jasne, że mogą zakładać nowe drużyny, ale przecież jest tyle zadań do wykonania na funkcjach, które nie wymagają tak częstej i co ważne tak regularnej pracy. Szanujmy też tych którzy pełnią właśnie takie funkcje.

Apeluje też do Tych, którzy organizują wspomniane imprezy harcerskie dla instruktorów by były one organizowane na poziomie, który sprawi, że obecni na nim zapragną się spotkać znowu, a nie będą siedzieć z myślą o traconym, cennym czasie. Apeluje do przełożonych gawędziarzy , żeby odprawa była przygotowana, merytoryczna i zwięzła, a przychodzących na nie do odrabiania prac domowych i nie plotkowania na nich. Uważam też, że hufcowy lub komendant chorągwi powinien zdawać sobie sprawę z tego na ile ważne jest obecność na danym wydarzeniu i podpowiadać instruktorom „wspomagającym” co jest ważniejsze, a co można załatwić np. mailowo zamiast siedzieć na nic nowego nie wnoszącym szkoleniu. Naprawdę czasami warto coś zrobić trochę rzadziej i krócej, a lepiej.

Zastanówmy się czy dobrze wykorzystujemy nasze instruktorskie (także te potencjalne) siły i czy nie stracimy kolejnego pokolenia młodych, zdolnych, dobrze się zapowiadających…

Czuwajmy, by pomóc, a nie odpychać.

pwd. Wojciech Kozłowski

3 komentarze

  • zauważę tylko, że brak chęci, o którym mówi krecik, jest często wynikiem właśnie tego, że najwięcej wymaga się od tych superaktywnych instruktorów, którzy są wszędzie i robią co mogą, o czym pisał Wojtek. na początku efekty są moze dobre, bo zadania są solidnie i na czas wykonane. jednak mimo poczucia odpowiedzialności, siły się kończą i tak wykorzystywana superaktywność nie będzie trwać wiecznie… :]
    i to właśnie wtedy zaczynają się wykręty i brak czasu, który wcześniej nie był żadną przeszkodą.

    a swoją drogą brak chęci jest dla mnie najlepszym i najbardziej trafiającym argumentem ze strony osoby, która nie chce się czegoś podjąć. bo nie każdy ma odwagę powiedzieć, ze po prostu mu się nie chce i nie ma ochoty zmuszać się do czegoś. i nic dziwnego, bo takie podejście jest z założenia krytykowane. A DLACZEGO?
    (mam tu na myśli wszystkie działania, które NIE wynikają z obowiązków związanych z pełnioną funkcją.)

  • Ja z całego twojego komentarza mogę zgodzić się tylko z tym, że zwykłe lenistwo też jest częstym powodem niskiej frekwencji na harcerskich spotkaniach, akcjach.

    Co do reszty twojej wypowiedzi mam wrażenie, że moja myśl z artykułu nie została zrozumiana. Albo zinternalizowana. Wydaje mi się też, że nie starasz się być obiektywny w swoich osądach. Weźmy na początek przywoływaną przez ciebie jako przykład Wigilię. Ja jestem sobie w stanie wyobrazić sporo „rzeczy do roboty” w tym czasie. Co z tymi, którzy wyjechali z Łodzi na Święta do rodziny poza Łódź? Co z tymi którzy biorą udział nie w jednej, a w kilku kolacjach wigilijnych (bo np. mają jedną ze swoimi rodzicami, drugą z rodzicami współmałżonki/narzeczonej/dziewczyny, a nawet trzecią u brata, który spędza święta z rodziną swojej żony)? Jeszcze kilka innych rodzinnych skomplikowanych sytuacji by się znalazło. Oczywiście tak jak ty podejrzewam, że wiele osób się nie pojawiła, bo nie miała ochoty, ale chcę zwrócić uwagę na fakt, że masz bardzo jednostronny punkt widzenia.

    Następnie kwestia hierarchii priorytetów. Jasne jest, że źle się dzieje jeśli harcerstwo przegrywa z serialem telewizyjnym, ale chciałem w tym artykule pokazać, że harcerze to osoby o często nieprzeciętnych charakterach, szerokich horyzontach i muszą dokonywać o wiele mniej jednoznacznych wyborów w zarządzaniu swoim czasem.

    Piszesz też, o tym ZHR powinien stać ponad naszą pasją, albo chociaż na równi. Ponieważ mój artykuł Cię nie przekonał, że wcale nie musi tak być podam konkretny przykład na to, że czasami jest to niemożliwe. Mój młodszy brat Miłosz, który jest harcerzem (zakładał ze mną drużynę, był zastępowym, szykował się żeby zostać zuchmistrzem i próbował zakładać przy 40stce gromadę) postanowił zostać tancerzem. Do jakiegoś stopnia dało się to godzić czasowo z harcerską aktywnością, ale dla niego taniec to nie hobby i nie zajęcia pozalekcyjne tylko sposób na życie. Jest uczniem Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej i chce zostać baletmistrzem, a to wymaga od niego poświecenia 11 godzin dziennie sześc dni w tygodniu szkole i teatrowi. Wiem, że to specyficzny może przypadek, ale wydaje mi się, że jest trochę harcerzy którzy mają pasje, które są dla nich bardzo ważne i uważam, że nie mamy prawa decydować, że to ZHR powinien by dla nich ważniejszy.

    Swoje prawo do decydowania, że mamy stawiać harcerstwo na równi z pasjami jest według Ciebie fakt, że to ZHR wiele nam dał i nas ukształtował. Rzeczywiście harcerstwo nas w jakimś stopniu formuje i sprawia, że jesteśmy trochę innymi ludźmi i faktycznie wiele zawdzięczamy tym którzy poświęcili nam swój czas. Daleki byłbym jednak od myślenia o swojej służbie instruktorskiej jako o sposobie spłacania długu z dzieciństwa. Służę, bo wierzę w idee jakie niesie ze sobą harcerstwo i dlatego, że to kocham i to cześć mojego życia. I właśnie to mnie rozwija.
    Dlatego odwoływanie się do oddawania czasu poświęconego nam kiedyś uważam za kiepski sposób na zwiększenie aktywności instruktorów. Nie wierzę też ani trochę w przedstawioną prze Ciebie wizję naszej przyszłości bez ZHRu.

    Nie chcę przedłużać tego wywodu i pozostaje mi mieć nadzieję, że choć trochę Cię przekonałem do rozważnego stawiania oskarżeń i próby zawsze możliwie najbardziej obiektywnego spojrzenia na sprawę. Powtórzę też raz jeszcze, że zgadzam się z Tobą, że są wśród nas po prostu ludzie leniwi, ale nie wsadzajmy wszystkich, których nie zobaczymy na najbliższej zbiórce do jednego wora.

    pozdrawiam

  • Zgadzam się z tym, że:

    MOŻNA BYĆ DOBRYM HARCERZEM NIE POŚWIĘCAJĄC ZHRowi 100% SWOJEGO CZASU WOLNEGO

    to fakt, nawet 50% to za dużo, ale myślę że argument, że nie mamy czasu nie jest najlepszym. Bo ilu instruktorów zakłada/posiada rodzinę, studiuje i jeszcze do tego pracuje? a mimo to są w stanie być właściwie wszędzie i zawsze. Owszem nie wymagam by każdy potrafił tak organizować swoje życie i poświęać wszystko inne. Tylko pytam na ile nasza absencja wynika z braku czasu a na ile z naszego braku chęci?
    bo w przypadku wigilii instruktorskiej to nie uwierzę, żeby ktoś miał w tym czasie coś innego do roboty?
    No czy się mylę?
    a więc co ich zatrzymało?
    niemożliwość dostania się na nią? A ilu starało się znaleźć? czy stwierdzili, że o tej godzinie nie dojadę i nie wrócę więc nie idę?
    Moim zdaniem to niechęć i lenistwo są główna przyczyną. I nie chce nikomu nic zarzucać poza tym! bo rozumiem że czasem nie ma czau na ZHR ale żeby były chociaż chęci.

    Wydaje mi się że często szukamy wymówek by sie gdzieś nie musiać pojawić. na przykład następnego dnia jest kolokwium i jest juz powód bo trzeba się nauczyć… ale zaraz nie mozna było tego zrobic dzień wczesniej? (czasem jest tak że sie nie dało – wtedy jest zrozumiała sytuacja) czy po prostu dzien wcześniej ogladaliśmy jakiś film, czy umówilismy sie ze znajomymi i nauka została nam na koniec więc rezygnujemy z akcji organizowanych przez harcerstwo.
    Wniosek z tego jest dla mnie jeden telewizja była dla nas ważniejsza niż harcerstwo i w tym momencie nie wydaje misie że to już dowolność każdego stawianie sobie piorytetów bo to w moim odczuciu niedopuszczalne.

    No tak ale taki istruktor nie pojawił się bo mial kolokwium i musiał sie uczyć, no i czuje sie rozgrzeszony…
    i myślę (nawet patrząc na siebie) że tak jest najczęściej…

    Kolejną sprawą która powinna stawiać ZHR ponad naszymi pasjami (oczywiście nie zamiast ich, ale żeby był to chociaż równorzędne pozycje) jest fakt iż dostaliśmy tyle od ZHR-u i należy to dać też innym taka możliwość poprzez naszą służbę.
    Bo niech kady z nas pomyśli kim byłby teraz gdyby nie ZHR?
    może niewiele by się zmieniło… choć wydaje mi sie że nikt z nas nie byłby taki sam. Dużo (jak sam Wojtku zauważyłeś) nie poznałoby swojej drugiej połówki, bo poznało ją dzięki jakiemuś obozowi, zlotowi czy nawet zbiórce ale jednak przez ZHR.
    Kto wie czy część z nas nie skończyłaby w izbie wytrzeźwień, poprawczaku czy więzieniu (drastyczne przypadki ale chyba wszyscy wiemy jak silny wpływ na nastolatka ma otoczenie a ono bardzo rzadko od nas zależy)?
    Pomyślmy o tym ile wzieliśmy z tego ZHR? nie ile inni w to pracy włożyli, tylko na ile ta ich praca nas zmieniła, uratowała, czy zmobilizowała i otwarła nowe horyzonty i na ile jest to ważne dla nas!

    Owszem możemy powiedzieć no tak dzięki mojemu drużynowemu to jestem taki, a taki ale byłem już drużynowym i zwrócilem co wziąłem ale myślę że to za mało… dużo za mało.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *