Strona główna / 4. Historia magistra vitae / Wywiady / Pamięci Andrzeja Małkowskiego- wywiad z Jerzym Rudlickim

Pamięci Andrzeja Małkowskiego- wywiad z Jerzym Rudlickim

„Wśród dni minionych ziemskiego łańcucha, byłeś tym szałem, co niebo otwiera. Byłeś tym siewcą, co z pełności ducha, rozrzuca ziarno, lecz plonu nie zbiera. I żeś nie szukał szczęścia ni spoczynku, aniś przed wrogiem nie uchylił głowy. Teraz w niebiańskim stanąłeś ordynku. Rycerzu Polski- sługo Chrystusowy.”

Olga Małkowska maj 1919

Kiedy poznał pan Andrzeja Małkowskiego?

Któregoś dnia, może 7, 8 stycznia 1919 roku zatelefonował do mnie adiutant generała Józefa Hallera- kapitan Orłowski. Kiedy wszedłem do gabinetu był tam już Andrzej Małkowski. Generał przedstawił moją osobę, dodając: „musicie sobie wzajemnie pomagać i ze sobą współpracować”. Następnie przedstawił mi porucznika A. Małkowskiego, informując, że będę z nim współpracować w nowym miejscu. Właśnie wtedy poznałem Andrzeja. Zanim doszło do Naszego spotkania byłem przydzielony do francuskiej eskadry lotniczej 39. Andrzej zaś będąc w armii kanadyjskiej walczył we Francji. Tu jesienią 1918 roku po długich staraniach wstąpił do utworzonej Armii Polskiej we Francji. Na szczęście Józef był jego starym znajomym z czasów, kiedy tworzył lwowski skauting pomagając mu wstąpić pod biało-czerwony sztandar.

 

Z jaką misją płynęliście?

Otrzymaliśmy przydział wojskowy do dowództwa armii generała Franchet’a d’Esperay’a jako oficerowie do zadań specjalnych. Z Konstantynopola mieliśmy udać się do Odessy. Naszym zadaniem było wesprzeć migrację Polaków z południowej części Rosji, na północny-zachód w okolice Besarabii, Rumunii do Małopolski wschodniej. Znajdowali się na tych terenach Polacy z różnych dzielnic Rosji, z których część Polakami, była już tylko z imienia i z serca. Ci nie mieli nawet możliwości poznania mowy polskiej. Otrzymaliśmy zalakowane instrukcje, które mieliśmy otworzyć dopiero na statku i ruszyliśmy do Marsylii.

 

Co pan robił kiedy statek wpłynął na minę?

Zbliżaliśmy się do Messyny. Udałem się więc do kabiny, aby namówić Andrzeja by zechciał wyjść i popatrzeć na zbliżający się port. Nie udało się. Wyszedłem więc z kabiny. Korytarz był ciemny i pusty, gdzieniegdzie na zakrętach świeciły się ciemnoniebieskie lampki. Doszedłem do tylnej części okrętu, do jadalni z pustymi stołami i siedziskami. W końcu tylnej części okrętu były dwa korytarzyki, a na końcu jednego z nich drzwi z napisem „Messieurs”. Otworzyłem i oślepiło mnie jaskrawe białe światło. Mała kabinka. Zacząłem myć ręcę spoglądając w lustro- widząc nieogoloną twarz … nagle stało się coś dziwnego. Rozległ się jakby przytłumiony huk, okręt jakby się potknął … „Chaouia” ryczała na ratunek.

 

Gdzie był wtedy Andrzej?

Ostatni raz widziałem go w kabinie, nie spał, siedział i coś pisał. Było to po 23.

 

Co się działo z Panem po katatrofie?

W Messynie, kiedy doszedłem do siebie, nie myślałem o misji. Przez konsula zacząłem robić dochodzenie i poszukiwania Andrzeja. Dostałem przewodnik i zacząłem kolejno objeżdząć kostnice. Dużo osób, ale nie byłem w stanie wśród nich rozpoznać Andrzeja.

W kościele ksiądz odczytywał długą listę ofiar katastrofy: „ligotente del Armata Polacca Andrzej Małkowski”.

Wszędzie pytałem zdrowych, chorych i rannych z „Chaouia”, czy nie widzieli Małkowskiego. Tylko jeden człowiek powiedział mi, że widział go w płaszczu konno-artyleryjskim, jak pochylony nad jakimś dzieckiem- dziewczynką rozmawiał trzymając pas ratunkowy w ręku …

Opracował: Michał Stasiak

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *