To co chcę napisać będzie właśnie tym, co w tytule. Zbiorem bardzo subiektywnych refleksji związanych z byciem przeze mnie komendantem kolonii zuchowej. Część przemyśleń wynika również z moich rozmów z komendantami innych akcji letnich. Nie należy więc tego co zostanie tu napisane traktować jako tematów związane tylko z moją kolonią i tylko jako moje problemy. Z resztą pewnie w dużej części rzeczy o których będę pisał dotyczą również spraw związanych z obozami. Część z rzeczy o których będę pisał nie dotyczyło mojej kolonii. Myślę, że w ogólnym rozrachunku kolonia, której byłem komendantem w 2015 roku była naprawdę dobra, a jej kadra jako całość była jedną z najlepszych z jaką miałem okazję współpracować. Swoje rozważania chciałbym podzielić na dwie części, zależnie od etapu prac związanych z kolonią.
Przygotowania do kolonii
Przygotowania do akcji letniej drużynowi zaczynają tak naprawdę bardzo szybko po zakończeniu poprzedniej. Zaczynają ustalać z kim chcą jechać w następne wakacje, dokąd, w jakim terminie, oraz zastanawiają się kto może jechać jako komendant. W tej kwestii dość często pojawiają się schody. Rozmawiając z drużynowymi często można usłyszeć narzekania jak to ciężko jest znaleźć komendanta, jak to nikt nie chce się podjąć takiego zadania i jak to starsi instruktorzy/instruktorki nie poczuwają się do podjęcia służby. Pewnie jest w takim spojrzeniu mnóstwo prawdy, ale zaproponowałbym próbę spojrzenia na tą kwestię również trochę od drugiej strony… Podjęcie się funkcji komendanta akcji letniej, to wzięcie za nią odpowiedzialności. I to – przynajmniej moim zdaniem – pod każdym względem: organizacyjnym, finansowym i programowym. Dlatego często potencjalni komendanci stawiają przed drużynowym, z którymi mieliby jechać jakieś tam warunki, czy swoje oczekiwania. Bo samemu, choćby człowiek nie wiem jak bardzo się starał wszystkiego nie ogarnie, nie załatwi i nie zrobi. I teraz moje spostrzeżenie (wynikające nie tylko z moich doświadczeń, ale również z rozmów z innymi komendantami): na etapie szukania komendanta większość drużynowych jest w stanie zadeklarować wypełnienie praktycznie każdej propozycji, żeby tylko znaleźć komendanta. Niestety później, jak przychodzi co do czego to bardzo różnie jest z realizacją podjętych zobowiązań. A wydaje mi się, że zazwyczaj te wymagania są całkowicie zasadne i realne: przygotowanie i zatwierdzenie planu pracy w ustalonym terminie (z tym chyba jest u nas bardzo źle – zastanówcie się ile jednostek oddało w pełni zatwierdzony plan pracy komendantowi w terminie, albo już tak szerzej ile jednostek oddaje w terminie wszelkie plany do zatwierdzenia swoim hufcowym?), zebranie kart w jakimś terminie, czy np. zdobycie stopni instruktorskich przez p.o. drużynowych. Czy spotkaliście się z takimi oczekiwaniami komendanta? Czy obiecaliście załatwić sprawy, na których mu zależało? Czy wykonaliście te zadania tak jak należało to zrobić i w ustalonym terminie? Na te pytania każdy i każda z Was może odpowiedzieć sobie sam. Są na szczęście tacy, którzy będą mogli zrobić to z czystym sumieniem, ale niestety z moich doświadczeń wynika, że spore grono drużynowych w tych kwestiach znajdzie co najmniej niedociągnięcia ze swojej strony. Niestety z moich doświadczeń i przemyśleń wynika, że drużynowi obiecają potencjalnemu komendantowi wszystko, tylko później – delikatnie mówiąc – bardzo różnie jest z realizacją tych obietnic. Z punktu widzenia komendanta czasem wygląda to w taki sposób, że drużynowi znaleźli już „frajera”, który zgodził się wziąć odpowiedzialność za kolonię (obóz) więc teraz niech się martwi. Myślę, że warto spojrzeć na to też bardziej altruistycznie, np. w taki sposób, że ten instruktor, który zgodził się z nami pojechać poświęca ileś tam dni swojego urlopu (pamiętajcie, że pracując ma się zdecydowanie mniej wakacji niż będąc uczniem czy studentem), żeby pojechać z zazwyczaj obcymi dla niego dzieciakami, które należą do mojej drużyny, więc może warto mu nie utrudniać działań, a wręcz zaproponować jakąś pomoc. Warto pomyśleć też o tym, że to komendantowi Zarząd Okręgu zmyje głowę za niedociągnięcia czy zaniedbania w realizacji zadań przez drużynowych – z resztą słusznie, bo osoby w Zarządzie Okręgu też poświęcają swój czas i dają swoją pracę zgłaszając akcje w kuratorium, czy sprawdzając dokumenty przed wyjazdem. I w ten sposób wydawałoby się małe zaniedbanie drużynowego (nie dostarczenie kart uczestników, opóźnienie w pisaniu planu pracy czy inne im podobne) powoduje, że dochodzi pracy i czasu na nią poświęconego przynajmniej kilku osobom, nie wspominając o dodatkowych nerwach i stresie.
Kolonia
Co do samej pracy w trakcie kolonii być może moje spostrzeżenia będą jeszcze bardziej dziwne dla niektórych. Wynikają one nie tylko z mojego zeszłorocznego komendantowania, ale również z wizytowania różnych kolonii w ramach mojej służby w komisji rewizyjnej.
Pierwsza rzecz, na którą chciałbym zwrócić uwagę, to ustalanie składów w jakich pracujemy w trakcie kolonii. Generalnie standardem jest to, że każda z gromad działa samodzielnie. W zasadzie to bardzo dobrze i tak powinno być. Ale czy na pewno i czy zawsze? Otóż moim zdaniem nie. Zupełnie niezrozumiałe są dla mnie sytuacje, w których z gromady jedzie na kolonie powiedzmy piątka zuchów, a ta gromada chce pracować samodzielnie. Nie jest to zasadne z punktu widzenia ekonomicznego, bo oczekiwania drużynowych są takie, że do obstawy takiej gromady pojedzie drużynowy i przyboczny, drużynowy bez wnoszenia opłaty, a przyboczny za połowę odpłatności uczestnika kolonii. Uwierzcie mi, dla finansów kolonii takie pomysły są zabójcze. Poza tym, co nawet ważniejsze, bo kwestie finansowe nie powinny być dla nas najważniejsze jeśli coś miałoby być dobre, to z punktu widzenia metodyki zuchowej nie bardzo wyobrażam sobie pracę takiej gromady – zabawa dla dzieciaków w gronie tej przykładowej piątki rówieśników przez dwa tygodnie nie będzie tak rozwijająca jak w większym gronie, a także nie da możliwości wykorzystania całego mnóstwa zabaw, które można zrobić w większej grupie. Nie ma też możliwości przy takiej jednoszóstkowej gromadzie prowadzić rywalizacji między szóstkami, co jest niesamowitym motorem napędowym dla zuchów. Więc moim zdaniem o samodzielnej pracy można myśleć w przypadku posiadania na kolonii dwóch szóstek, czyli przy jakimś tam naciągnięciu od 10 zuchów. Chociaż ja chyba poszedłbym dalej i zaproponował jeszcze bardziej „drastyczne” spojrzenie na tą kwestię. Z tego co pamiętam, to Kamiński opisując wzorcową gromadę mówił, że powinny być w niej 24 zuchy podzielone na 4 szóstki. I przy takiej gromadzie jest faktycznie dużo plusów (przynajmniej ja je widzę). Wspomniana wcześniej rywalizacja między szóstkami dopiero przy takiej ilości zaczyna być prawdziwą rywalizacją, bo już naprawdę mamy do kogo się porównywać i nawet jak w czymś nie będziemy najlepsi, to zajęcie drugiego miejsca też ma swoją wartość. Poza tym dla takiej ilości dzieciaków zorganizuje się już każdą grę czy zabawę, a jeśli będzie się chciało zrobić jakieś zajęcia w mniejszych grupach to możemy wejść w pracę szóstkami. Dochodzi też możliwość rywalizacji większych grup, bo po połączeniu po dwie szóstki możemy urządzać jakieś gry, w których rywalizujące ze sobą drużyny będą liczyć po 12 osób. Większy rozmach – większa atrakcja. Dlatego, drodzy Drużynowi, moją propozycją dla Was jest łączenie się np. w dwie gromady i wspólna praca kolonijna. Jeszcze jeden argument ku temu spróbuję przytoczyć w dalszej części tego artykułu. Oczywiście nie można popaść w skrajność i tylko tak pracować, ale myślę, że to co mamy obecnie też jest jakimś popadnięciem w skrajność, bo jest bardzo wiele gromad (tak mi się przynajmniej wydaje), które od wielu lat są na koloniach w składzie 8 – 12 zuchów i nigdy nie pracowały inaczej.
Jedną z najważniejszych rzeczy na kolonii z mojego punktu widzenia jest świetna atmosfera panująca wśród kadry kolonijnej. Pewnie nie do końca można to opisać, ale osoby, które miały okazję to poczuć będą wiedziały co mam na myśli. Takiego klimatu jaki może panować wśród kadry w trakcie kolonii nie spotkałem nigdzie indziej, a wierzcie mi, na niejednym wyjeździe harcerskim byłem. Myślę, że wynika to ze specyfiki tej pracy. Spędzając cały czas z dużo młodszymi dzieciakami ludzie potrzebują trochę odreagować, pożartować i pogadać z tymi, którzy potrafią ich zrozumieć. Na pewno nie da się podać gotowego przepisu na dobrą atmosferę kolonijną. Wpływa na nią mnóstwo czynników i pewnie bardzo różnymi drogami można do niej dochodzić. Dla mnie kluczowe jest to, żeby kadra dobrze ze sobą współpracowała i żeby ograniczyć konflikty wśród niej panujące do minimum. Bardzo niepokojąca jest dla mnie sytuacja, którą zaobserwowałem w ciągu kilku ostatnich lat podczas wizytacji różnych kolonii. Nie twierdzę, że jest tak wszędzie (bo na szczęście nie jest), ale dość często na koloniach występuje konflikt między grupą drużynowych i grupą opiekunów szóstek. Drużynowi narzekają, że opiekunowie szóstek nie wypełniają swoich obowiązków, a opiekunowie, że drużynowi ciągle zostawiają ich ze wszystkim samych. Oczywiście prawda pewnie w różnych przypadkach znajduje się w różnych miejscach. Chociaż wydaje mi się, że obiektywną kwestią jest to, że faktycznie drużynowi dużo czasu między zajęciami spędzają nie z zuchami, tylko szykując materiały, rekwizyty, stroje do następnych zajęć itp. Więc faktycznie wtedy opiekunowie zostają sami z zuchami. Drużynowi różnych jednostek natomiast pracując w komendzie budują dobre relacje z innymi drużynowymi. I wtedy, gdy taki opiekun szóstki wchodzi do komendy z jakimś problemem czy pytaniem i widzi roześmianych drużynowych to szlag go trafia i ocenia, że jego wódz zamiast zajmować się dzieciakami świetnie się bawi (mimo, że nie koniecznie do końca jest to prawdą, bo bardzo często ta zabawa jest połączona z pracą) i zaczyna się rodzić coś w rodzaju „buntu opiekunów szóstek” – przynajmniej na kilku koloniach widziałem to zjawisko, albo wynikało z rozmów z komendantami czy drużynowymi, ze coś takiego występuje. To właśnie to miejsce, w którym chciałbym wrócić do obiecanego wcześniej jeszcze jednego plusa dla łączenia się w gromadę kolonijną przez więcej niż jedną gromadę śródroczną. Otóż jeśli jest coś do przygotowania do zajęć takiej gromady, to tylko jeden z drużynowych jest w to zaangażowany, a drugi może być z zuchami i z opiekunami szóstek, więc ma kto doradzić, pomóc. Więc opiekunowie nie czują się zostawieni sami sobie i czują bezpośrednie wsparcie od drużynowych. Poza tym jeśli pracę gromady kolonijnej szykuje dwoje drużynowych śródrocznych, to poziom zajęć jest wyższy, bo łączą oni swoje pomysły i doświadczenia, a dodatkowo przy większej ilości kadry w gromadzie kolonijnej buduje się od razu wspólnotę, w której dobrze się czujemy, w której mamy wspólne tematy – automatycznie poziom atmosfery kolonijnej rośnie.
Odnośnie budowania klimatu kolonii mam jeszcze jedno przemyślenie. Ono będzie pewnie dość kontrowersyjne, bo nawet jak sam się nad tym zastanawiam, to budzi to moje wątpliwości. Ale uważam, że niekorzystnie na atmosferę panującą wśród kadry kolonii wpływają różnorakie odwiedziny. Osoby odwiedzające kolonię przyjeżdżają tak naprawdę do jakiejś części kadry, a co za tym idzie „wyciągają” dane osoby z tego co się dzieje wśród kadry kolonijnej. Powoduje to moim zdaniem rozbicie grupy, a co za tym idzie „rozjechanie” się klimatu poprzez zajmowanie się przez część kadry kolonijnej gośćmi, a nie osobami, z którymi współpracują. Oczywiście jest grono wizyt, które i tak się w trakcie kolonii pojawią (np. wizytacje z okręgu, czy z hufców), ale uważam, że warto dążyć do ograniczenia tych odwiedzin. Oczywiście należy uważać, żeby nie popaść w paranoję i umieć określić sobie priorytety np. przy zastanawianiu się nad odwiedzinami kolonii przez drużynowego drużyny harcerskiej, z którą współpracujemy. Wydaje mi się, że problem ten zupełnie nie dotyczy odwiedzin obozów – tam wygląda to, moim zdaniem, trochę inaczej w związku z dużo większą autonomią poszczególnych podobozów i dużo mniejszym stopniem budowy atmosfery całej kadry obozowej.
Kolejnym tematem, który wydaje mi się być często zaniedbywany jest kwestia organizacji zajęć w terenie. Szczerze mówiąc to jestem przerażony patrząc na to, że organizacja zajęć w lesie jest czymś rzadko spotykanym w gromadach (w bardzo dużej ich części). Mam wrażenie, że zaplanowane w trakcie kolonii są dosłownie dwa – trzy zajęcia w lesie. Wydaje mi się, że organizacja zajęć w lesie zaczyna być tylko jakimś tam dodatkiem, bo rozmawiając z wieloma drużynowymi o tym co jest dla nich najważniejsze przy szukaniu miejsca kolonijnego, to las ląduje na dość odległej pozycji, w większości przypadków za salą gimnastyczną w szkole, kąpieliskiem czy np. bliskością sklepu. Nie twierdzę, że tamte rzeczy nie są ważne (no może zasadności tego sklepu nie koniecznie widzę ;-) ), ale dla mnie zawsze las był i nadal jest na pierwszym miejscu. Bez większości innych rzeczy moim zdaniem możemy się obejść. Należy przypomnieć sobie, że jednym z podstawowych zadań pracy w gromadzie zuchowej jest przygotowanie dzieciaków do późniejszej pracy w drużynie harcerskiej. Dla dzieciaków, które w trakcie kolonii 95 procent zajęć mają w szkole, na sali gimnastycznej albo ew na boisku szkolnym pojechanie później na obóz (pamiętajmy, że część naszych zuchów już w następnym roku będzie harcerzami) jest bardzo trudne. Szokiem dla nich jest to, że cały czas muszą spędzać na świeżym powietrzu, sami sobie wszystko wybudować i sami o siebie zadbać. Jeśli chociaż w drobnym stopniu nie przygotuje ich do tego gromada, to nie ma co się dziwić temu, że później duże grono zuchów przestaje w krótkim czasie być harcerzami. Drodzy zuchmistrzowie! Zanim zaczniemy mieć pretensje do drużynowych harcerskich (niejednokrotnie zasadne), że „zmarnowali” naszą pracę zastanówmy się w jakim stopniu to my sami nie przygotowujemy w wystarczający sposób naszych zuchów do przejścia do drużyny harcerskiej… I w tym miejscu chciałbym nawiązać do już ostatniej rzeczy, którą chciałbym zasygnalizować. Mam na myśli kontrolę komendanta kolonii nad kwestiami programowymi gromad. Część drużynowych jest bardzo zdziwionych, a często wręcz zbulwersowanych tym, ze komendant oczekuje od nich planów, albo interesuje się tym co robią, jak robią i wyraża swoje zdanie na ten temat. Dla mnie kwestią oczywistą jest to, że komendant kolonii ma prawo, a nawet obowiązek interesować się programem i w niego ingerować. Pamiętajcie, ze to komendant odpowiada za wszystko co się na terenie kolonii dzieje, a program ma na to niewątpliwy wpływ. Nie traktujcie takiej ingerencji jako mieszanie się i kwestionowanie Waszych kompetencji, a raczej jako wsparcie i pomoc.
Myślę, że tyle tych moich przemyśleń i narzekań. Pewnie nie ze wszystkimi tymi uwagami musicie się zgodzić, ale fajnie by było gdybyście chociaż się nad tymi kwestiami zastanowili i wyrobili swoje zdanie. Jeśli będziecie chętni do jakiś dyskusji, to ja jestem otwarty i zapraszam. No i oczywiście życzę owocnych przygotowań do kolejnej akcji letniej.
ADam






Jeden komentarz
Adam ! Artykuł bardzo dfajny, a przemyślenia trafiają w sedno sprawy, miło usłyszeć co się dzieję z drugiej strony :)