Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu tu tu!
Nad morzem jest tak, że jeśli na niebie są chmury – znaczy, że będzie deszcz. Czasami pokropi, czasem leje cały dzień, wszystko zależy od rodzaju i koloru chmur. Każde dziecko to wie. W Łodzi jest inaczej. W Łodzi nie umiem przepowiadać pogody.
Mój absolutny brak przewidywania stał się już czymś w rodzaju private joke. Jagodzie, który tu się wychował, udaje się zawsze. Kiedy on autorytarnie stwierdza, że dziś na pewno nie będzie padać, mi zwykle wydaje się coś zupełnie innego. Nigdy nie mam racji. Mieszkam tu prawie dekadę, a nadal nie przyzwyczaiłam się do pogody! Mało tego. Ja codziennie mam ze sobą parasolkę!
To dziwne, że możesz mieszkać gdzieś jedną trzecią swojego życia, a jednak wciąż czuć pod skórą, że nie jesteś u siebie. Nad morzem nie został nikt ze szkolnych przyjaźni, miasto się zmieniło, coraz częściej jestem tam gościem, a moje wspomnienia już się trochę przetarły. Tutaj otaczają mnie najbliżsi ludzie, tętni życie, ale nie mogę sobie znaleźć miejsca.
Czyli co? Teraz jestem znikąd?
Gdy idę w Sopocie nad morzem…
2005 – mój pierwszy rok akademicki na łódzkiej polonistyce, wtedy jeszcze na Kościuszki. Jest październik, więc w mojej głowie nastąpiła już jesień, trzeba zmienić garderobę na cieplejszą, cholera wie co mnie tu czeka, jakie zimno przywieje. Bo przecież będzie na pewno wiało i padało. W końcu październik.
Tymczasem dopada mnie słońce, jest ciepło i miło, świergolą ptaszki, liście trzymają się drzew całkiem nieźle, ludzie jedzą lody na Piotrkowskiej. Szlag mnie trafia, bo ja upocona w burej kurtce z miśkiem, parasolka utknięta w kieszeni razem z podręcznikiem Michałowskiej1. Wyciągnięcie prostego wniosku, że w tym mieście październik jest piękny, zajęło mi jakieś trzy lata. Zimną jesień miałam po prostu w kościach.
W szkole podstawowej jeden z nauczycieli tłumaczył nam pojęcie tożsamości. O zasiedzeniu, zapuszczeniu korzeni, następstwie pokoleń, wspólnych zwyczajach itd. Z tym że – jak twierdził – mieszkańcy Pomorza takowej nie mają. Bo to zbieranina: przesiedleńcy zza Buga, Ukraińcy, Łemkowie przygnani wiatrem historii. Trochę biednych chłopów z Kujaw, na których po wojnie nic już nie czekało, więc wsiedli w bydlęce pociągi i przyjechali. Ale to nieprawda. Ja już mam tamtą tożsamość, jestem już Pomorzanką. Pewnie, że w historii rodzinnej nie mam pstrokatej kiecki i wyszywanej kamizelki, ale w kościach mam tylko pomorskie pluchy i zimne październiki. Nie jest mi wszystko jedno.
Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca?
2010 – zostałam po raz pierwszy na niemal całe lato w Łodzi. Pisałam pracę magisterką i pracowałam, nie mogłam już namaczać się przez dwa miesiące w Bałtyku. Latem Łódź jest zalana słońcem. Powietrze stoi, w końcu to równina. Chmur w zasadzie nie ma. Jeśli nawet popada – krótko i zaraz wyparuje. I coś, o czym wcześniej nie myślałam – tu nie ma wody! To znaczy jest, ale głównie w kranie. Staw w Helenówku? Większa wanna. Arturówek? Bajoro. Zalew Sulejowski? Lekko podśmierdujący stawik i kiełby z grilla. Chcę słonej, zimnej, wzburzonej fali i zapachu przesolonych frytek!
Miejsce, w którym nie ma rytuału spędzania każdej wolnej chwili nad wodą, przez lata było mi obce. Ludzie w takich miejscach są inni, czułam to niemal fizycznie. Czas płynie inaczej, niedzielne południa w centrum są ciche – wszyscy chowają się przed upałem. Nie słychać wrzasku rozbawionych, rozpuszczonych do granic możliwości dzieciaków, nie widać masowych pielgrzymek po lody z automatu, pstrokacizny gumowych kółek do pływania, wiecznych sprzeczek o to, kiedy najlepiej jest opalić owłosiony brzuch oraz gdzie dzisiaj warto zjeść rybę w kilogramem panierki. Takie jest moje lato – głośne i niemożliwe do zniesienia.
Moja pomorska tożsamość widzi cały nadbałtycki harmider, beztroski kapitalizm i wczasy w pensjonacie Krystyna jako naturalny, zwyczajny pejzaż. Tymczasem w Polsce środkowej…
Zaczepia mnie pijanych meneli wielu
„Wieczorne przygody w Łodzi” Kazika – kto tego nie przeżył? Pasażerowie nocnego to niemal jak cygański tabor: nigdy nie wiesz co cię czeka i czy dojedziesz na miejsce. Piotrkowska w sobotę o 4 rano bywa ruchliwa jak w poniedziałek o 16.00. Podróż tramwajem ze Stoków na Retkinię – ileż przyjaźni opartych na rozdawnictwie drobnych możesz zawrzeć! Kiedy tylko świat ożywa z wiosną, Łódź staje się miejscem nieustającej przygody. Często z udziałem „meneli wielu”, to prawda.
Mam już moją łódzką tożsamość. Jak widać dekada w jednym miejscu skutkuje jednak jakimś niepokojącym przywiązaniem do dziwaczności tego miejsca. Lubiłam nadmorski smród smażeniny i kasety Vaia Condios ze straganu w Darłówku, w końcu polubiłam też fascynującą brzydotę zapyziałych uliczek i dostojne piękno fabrykanckich willi.
Nie można żyjąc gdzieś, przyrównywać wszystkiego tylko do tego, co już się zna. Nie mogę więc, będąc w Łodzi, wkurzać się, że to nie morze szumi za oknem i nie mewy skrzeczą, ale gadają jak przekupki gołębie i szumi wielkie, zakurzone, żywe miasto. Nie można w centrum Polski oczekiwać wiatru od morza, bo on nigdy nie zawieje i ostatecznie samemu stanie się w miejscu. Więc ja ruszam. Biorę to miasto, jakie jest. Ale parasolkę mam w torbie zawsze. Na wypadek, gdyby (nie)padało.
Rozliczenie samej ze sobą na gościnnych występach napisała
Basia Jagoda, Polska
1 To polonistyczny żarcik. Średniowiecze Michałowskiej to nie byle jaka książczyna, bo liczy sobie niemal tysiąc stron i jest strasznym wrzodem na … wiadomo czym.







