Był ciepły luty końca XXI wieku. Temperatura około 20 stopni rokowała, że dzieci spędzą swoją przerwę zimową w bardzo przyjemnych warunkach pogodowych. Rzecz jasna, nazwa „zimowa” była tylko swego rodzaju tradycją – wszak od lat nikt nie uświadczył w Polsce śniegu, a o czymś takim jak „sanki” czy „narty” dzieciaki słyszały tylko od dziadków (i zazwyczaj uwierzyć nie mogły w te naciągane historie o białym puchu).
Jak zwykle, w czasie ferii drużyny harcerskie organizowały zimowiska. Rzecz jasna, pod namiotami, w lesie. I udawało się to, pomimo że trudno było znaleźć choć trochę dzikich drzew. Ale na szczęście w harcerskich stanicach uchowały się niemałe połacie lasów, zatem młodzież miała gdzie rozbijać biwaki i obozy (rzecz jasna, harcerstwo w ten sposób przyczyniło się też niezmiernie do ratowania krajobrazu kraju).
Jednak to nie harcerze będą bohaterami tej historii. No, może w pewnym stopniu. Ale głównymi postaciami będą dwaj panowie – Mietek i Zdzisiek, jak nazwiemy ich roboczo, by nie naruszać ustawy o ochronie danych osobowych. Panowie ci zamieszkiwali wieś, koło której była jedna z wielu stanic Związku. I, jako że byli (na swój sposób) ciekawi świata, doszła ich wieść, że na czas ferii do stanicy przybędzie drużyna na zimowisko.
Mietek i Zdzisiek zatarli ręce ze szczęścia, a ten drugi nawet się uśmiechnął. Nie była to jednak radość na myśl spotkania kwiatu młodzieży polskiej; uwagę panów pochłaniało coś zgoła innego. Wszak każdy wiedział, że harcerze to dziane ludki – i na obozy jadą z całymi torbami elektroniki (jakoś muszą przecież robić nagłośnienie na dyskotekach i szyfrować wiadomości – bez podręcznego komputera ani rusz) oraz nie bawią się w podejmowanie pieniędzy z konta w trakcie wyjazdu (bo nie zawsze w stanicy jest bankomat), tylko dla wygody jeżdżą z naręczami gotówki.
Krążyły też plotki o tym, że mają jakieś techniczne cuda w tajemnicy wymyślone i wyprodukowane przez sławny Harcerski Ośrodek Badawczy. Było to prawdopodobne, biorąc pod uwagę, ileż to pomysłów już HOB odsprzedał armii. A na kimś przecież muszą testować swoje prototypowe zabawki…
Jednak Mietka ani Zdziśka nie interesowały plazmowe miotacze ni tym podobne. Byli prostymi złodziejami; wierzyli w pieniądze (najlepiej gotówkę) i elektronikę, którą potem można spylić na wschodzie. A że uważali, iż harcerze to ciamajdy, postanowili ich obrobić.
Mimo wszystko, panowie byli ostrożni. Nie chcieli wpaść na nocną wartę (tym bardziej, że mogli stać się obiektem doświadczalnym dla jakiejś nowej megapukawki), postanowili się więc zabezpieczyć.
W tym celu udali się do Terminala Komputerowego we wsi.
Należy się czytelnikowi słowo wyjaśnienia: aby edukować prosty lud, szerzyć postęp i dać także biedniejszym szansę zaznajomienia się z cudami techniki, rząd zainwestował krocie w budowę superkomputera. W efekcie powstała przeogromna baza danych, do której były podłączone tysiące Terminali, rozsiane po powierzchni całego kraju. W Call of Duty 17 może nie dało się na tym pograć, ale obliczenia czy odpowiedzi na trudne pytania stały się dzięki temu ustrojstwu dziecinnie łatwe.
I do takiego Terminala udali się Mietek i Zdzisiek. Upewnili się, że nikt ich nie obserwuje i podeszli do ekranu.
„W czym mogę służyć? Wrzuć monetę.”
Mietek wyszperał w kieszeni kilka monet i wrzucił do automatu. Następnie, jako że był bardziej biegły w obsłudze komputerów niż kompan, powoli wystukał na klawiaturze pytanie, wystawiając język w skupieniu: „Ile trwa warta drużyny harcerskiej w stanicy koło wsi X w lutym roku Y” (dane zatajone, przepraszamy; ustawa o ochronie itp.).
Zaszumiał procesor, ekran zamigał, powarczało, po czym wyświetliło na ekranie:
„Skończył się wykupiony czas procesora. Jeśli chcesz kontynuować obliczenia, dopłać.”
Mietek zaklął szpetnie i pogderał troszkę na temat pazernych maszyn, po czym spytał Zdziśka, czy nie ma kilku miedziaków. Tamten niechętnie zasilił maszynę. Znów zaszumiało, powarczało, i już panowie sądzili, że Terminal zażąda kolejnej porcji monet, kiedy na ekranie pojawiła się odpowiedź.
Mietek szybko otaksował wzrokiem tekst. Wynikało z niego, że warta trwa dwie godziny, od dwudziestej trzeciej do pierwszej w nocy. Panowie znów zatarli ręce, ciesząc się, że harcerzyki okazały się nawet bardziej leniwe, niż przypuszczali.
– Gnoić leszczy! Jak nie pilnują swego, to ich strata. – rzucił Zdzisiek złośliwie.
Jako że Terminale się nie myliły, panowie nie przygotowali do skoku żadnego sprzętu oprócz worków na łupy. I jeszcze tej samej nocy, po godzinie drugiej, przeszli przez ogrodzenie stanicy i ruszyli na łowy.
Jakież niepomierne było ich zdziwienie, gdy kilka metrów dalej zostali bezszelestnie otoczeni i zatrzymani przez wartujący oddział harcerzy. Chwilę później leżeli już skuci kajdankami, czekając na przyjazd policji. Mietek w duchu modlił się o to, by funkcjonariusze przybyli jak najszybciej; nie chciał bowiem mieć wątpliwej przyjemności zostania obiektem badań HOB-u.
Mogę zapewnić, że nasi bohaterowie bez uszczerbku na zdrowiu trafili przed wymiar sprawiedliwości. Ale zapewne bardziej od losu złodziejaszków interesuje czytelnika odpowiedź na pytanie, jakimż to cudem nieomylny komputer zrobił błąd. Otóż żadnego błędu nie popełnił. Trzeba bowiem wiedzieć, iż Mietek był poniekąd analfabetą. I że przez tą drobną skazę charakteru zapytał Terminal nie o „wartę”, tylko o „watrę”.
Cóż, zdarza się i najlepszym.
Jacek Tomaszewski HO
PS
Należy się słowo wyjaśnienia dotyczące genezy tego opowiadanka. A właściwie trzy słowa: miedziak, procesor, watra. Albowiem miałem wymyślić historyjkę z konceptem, która będzie zawierać w sobie właśnie te trzy słówka. Dziękuję za uwagę.

3 komentarze
Jacek masz talent! :P
Mnie z twórczości Jacka podoba się (chyba najbardziej) genialna i skrupulatnie pisana kronika z obozu 2007.
Przeczytałem … czekam na numer październikowy, co był dalej. Jacku super artykuł!
Nie powiem że genialne ale tak właśnie myślę:)
Jacuś musisz książki zacząć pisać :P