Nigdy nie lubiłem pisać artykułów na zamówienie. Jednak poczucie obowiązku i sympatia do RedNuma nakazują mi odrobienie zadanej pracy domowej, co niniejszym czynię.
Rzeczywiście, ogromna część prowadzonych przeze mnie drużyn to drużyny ze stosunkowo małych miasteczek, a nawet wiosek (Głowno, Kutno, Ciążeń…). Także hufiec „Dęby”, któremu szefowałem przez dwa lata, był środowiskiem o podobnym charakterze. Mam więc w tym temacie jakieś doświadczenie, acz za fachowca nie śmiem się uważać. Może jednak garść moich refleksji pozwoli komuś lepiej zrozumieć te środowiska i bardziej otworzy Łódź na tzw. prowincję. Może nawet skłoni kogoś do dyskusji „na łamach”.
Pisząc o poszczególnych aspektach pracy harcerskiej w małej miejscowości będę miał na myśli zwłaszcza środowiska dopiero powstające, bo w takich realiach działam obecnie.
1. Zaczynamy całkowicie od zera.
Nasza drużyna nie powstaje przez podział czy pączkowanie, jak to bywa bardzo często w większych środowiskach. Nie dostajemy „gotowego materiału do obróbki” z wcześniej istniejącej drużyny, czy gromady zuchowej. Nie mamy do pomocy wykształconych zastępowych, nie mówiąc już o przybocznym. Wszystko co mamy to kompletne ciasto, całkowita świeżyzna. Jeśli ktoś liznął nieco harcerstwa, to prawdopodobnie w ZHP-ie, a to nie zawsze pomaga.
2. Generalnie jesteśmy sami.
Znacznie utrudniona jest współpraca z innymi drużynami. Nie umówimy się z dnia na dzień na wspólne podchody, czy cokolwiek innego. Zgrywanie terminów wymaga o wiele wcześniejszych zabiegów. Trudniej też o ewentualny kontakt z drużyną żeńską, a ten często jest silną motywacją dla nastoletnich chłopców. Podobnie z imprezami na poziomie hufca czy chorągwi – udział w nich wymaga dodatkowego czasu na dojazd i oczywiście dodatkowych kosztów z tym związanych. Dotyczy to całych drużyn, ale jeszcze w większym stopniu instruktorów. Większość odpraw i spotkań instruktorskich odbywa się wieczorem i kończy się późno, więc często trzeba nieźle kombinować, żeby zdążyć na ostatnie połączenie do domu. Oczywiście posiadacze własnego samochodu mają tu nieco lepiej, ale i tak jest to jakieś utrudnienie.
3. Kariera harcerska w małym środowisku kończy się na wieku gimnazjalnym.
Szkoła ponadgimnazjalna, a tym bardziej wyższa uczelnia wiąże się zwykle z opuszczeniem środowiska. Trudniej więc wykształcić kadrę.
4. Praca na własny rachunek.
Przeciętny człowiek postrzega ZHR tylko przez pryzmat naszej drużyny, bo nie zna innych. To może być wielkim plusem, ale też jest ogromną odpowiedzialnością.
5. Wszyscy wszystkich znają.
Duży plus, zwłaszcza jeśli wśród naszych znajomych są przedstawiciele różnych władz i urzędów. Ewidentnie to pomaga w załatwianiu wszelkich formalności. Ale czasami jest to też dodatkowe obciążenie. Mam tu na myśli choćby udział w uroczystościach patriotycznych czy kościelnych. Wiadomo, że życzliwe władze chciałyby nas zawsze na takich uroczystościach widzieć. Nie zawsze to nam pasuje, a trudniej odmówić. W dużym środowisku jeśli nie przyjdzie nawet połowa składu drużyn, to i tak będzie spory tłum. W małym środowisku jeśli nie przyjdzie kilku, to już się to rzuca w oczy. Ale też jeśli jesteśmy, to na pewno nas zauważą i być może docenią.
6. Łatwiejszy kontakt z przyrodą, trudniejszy z cywilizacją.
Na zbiórkę w lesie nie trzeba jechać pół godziny komunikacją miejską. Wychodzi się za ogrodzenie szkoły i już można harcować. Tak przynajmniej jest w Głownie. Ogromny plus!!! Zalew, rzeki, znajomy leśniczy… – super! Trochę gorzej ze zorganizowaniem np. wspólnego wypadu do kina.
7. Akcje zarobkowe.
Wydaje mi się, że w tym względzie małe środowiska też mają mniejsze możliwości. Może łatwiej byłoby coś zarobić przy zbiorze owoców (wszak w koło pełno sadów), ale w pełni sezonu jest się na obozie.
8. Liczebność i ekspansja.
Mniejsze możliwości, bo mniejsze zaludnienie. Trudniej też zrobić efektowną akcję zaciągową, jak się ma do dyspozycji zaledwie kilku ludzi. A sprowadzanie kogoś na „gościnne występy”- patrz punkt 1.! Poza tym generalnie nie jestem zwolennikiem udziału w naborze dodatkowych sił z poza drużyny, bo to daje nieprawdziwy obraz jej rzeczywistej pracy. Ale plusem jest to, że chcąc wejść do jakiejś szkoły nie trzeba się zastanawiać, czy ona przypadkiem nie leży już na terenie bratniego hufca.
9. Ilość ciekawych inicjatyw i imprez pozaharcerskich.
Nie da się porównać. A wspólny udział w takich przedsięwzięciach może integrować drużynę i motywować do działań harcerskich. Oczywiście zaangażowanie pojedynczych harcerzy w takie działania może też czasami odciągać ich od pracy w drużynie.
10. Inny sposób myślenia i postrzegania świata.
Generalnie wiąże się to ze specyfiką środowiska domowego. Podam tylko jeden przykład, choć jest ich o wiele więcej: Będąc na jednym z obozów przygotowywaliśmy wielką inscenizację historyczną. W trakcie przygotowywania strojów i poszukiwania materiałów, z których można będzie je łatwo i efektownie wykonać jeden z zastępów znalazł w magazynie kilka jutowych worków. W sam raz nadawały się na elementy stroju rycerskiego, wystarczyło wyciąć otwory na głowę i ręce. Tak przynajmniej sądzili chłopcy z dużego miasta. Ale dla chłopców ze wsi, którzy przed obozem pomagali swoim rodzicom przy żniwach, a na jesieni czekała ich praca przy wykopkach, takie marnotrawstwo dobrych przecież worków było nie do pomyślenia. Nie byli w stanie zrozumieć, jak komuś mogło przyjść do głowy coś podobnego. Jedno harcerstwo – dwa różne światy.
Myślę, że na tych dziesięciu punktach poprzestanę. Różnic jest sporo, ale to co najważniejsze w harcerstwie z pewnością jest wspólne dla nas wszystkich, bez względu na wielkość naszej „małej Ojczyzny”.
Johny


