Raport Witolda

Witold Pilecki - lata dwudzieste

Moim zdaniem Witold Pilecki jest najlepszym wzorem do naśladowania spośród znanych mi postaci. Po prostu lepszej nie znajduję. Jeśli prowadziłbym obecnie drużynę, na pewno chciałbym aby nosiła ona jego imię. Dla harcerzy postać Rotmistrza Pileckiego może być i powinna być bardzo inspirująca. Skąd ta fascynacja?

Krótka notka biograficzna Witolda Pileckiego ze strony IPNu: PILECKI Witold (1901-1948)

pseudonimy „Witold”, „Tomek”, „Romek”,
nazwiska konspiracyjne: „Tomasz Serafiński”, „Roman Jezierski, „Leon Bryjak”, „Jan Uznański”, „Witold Smoliński”, kryptonim „T-IV”;

oficer rezerwy Wojska Polskiego, współzałożyciel Tajnej Armii Polskiej, dobrowolny więzień KL Auschwitz, oficer Komendy Głównej Armii Krajowej i „NIE”, więzień polityczny okresu stalinowskiego, ofiara mordu sądowego.

Część informacji z tej krótkiej notki brzmi podobnie jak notki biograficzne innych ludzi z tamtego okresu. Jest jedno „ale” – dobrowolny więzień KL Auschwitz. Halo, halo, jak to dobrowolny !? Witold Pilecki świadomie dostał się do obozu w Oświęcimiu aby tam prowadzić pracę konspiracyjną. Mało Wam? Rotmistrz Pilecki z obozu uciekł. Nadal mało? Nie zrobił tego przy pierwszej ku temu okazji – wyszedł wtedy kiedy uznał, że etap jego pracy w tym miejscu się zakończył.

Cały swój pobyt w obozie koncentracyjnym Witold Pilecki opisuje w swoim Raporcie. Bez trudu znajdziecie pełny tekst raportu w internecie. W czasie pobytu w obozie Witold uformował konspiracyjną organizację (w raporcie występuje ona zawsze jako po prostu „organizacja”).  Do organizacji zwerbował stukilkudziesięciu członków – każdy z nich pojawia się w tekście jako numer – od jeden do 185 – (osoby z ostatnimi numerami to osoby spotkane już po wyjściu z obozu). Wrażenie jakie rodzi się w czytelniku przy czytaniu tego tekstu jest niesamowite – z jednej strony raport wywołuje smutek/złość ze względu na to co się w obozie działo. Z drugiej strony opisy wszystkich czynności jakie Witold i jego znajomi wykonują w obozie żeby ułatwić sobie i innym życie są niesamowite. A są to dziwne kombinacje, sprytne sztuczki, rutynowe czynności i spontaniczne akcje. Przy czym wcale nie ma się wrażenia że Pilecki był cwaniakiem – to ostatnie określenie jakiego można użyć w stosunku do niego. Był po prostu bardzo wytrwałym, odważnym, kreatywnym i nade wszytko ideowym człowiekiem. Ale co ja tu będę pisał, poczytajcie sami:

„Teraz chciałbym napisać o początku montowanej tam pracy. W tym czasie zasadniczym zadaniem było założenie organizacji wojskowej, w celu: podtrzymywania kolegów na duchu przez dostarczanie i rozpowszechnianie wiadomości z zewnątrz, zorganizowanie w miarę możliwości dożywiania i rozdzielania bielizny wśród zorganizowanych, przekazywanie wiadomości na zewnątrz, oraz jako uwieńczenie wszystkiego przygotowywanie oddziałów własnych do opanowania obozu, gdy nadejdzie nakaz chwili w postaci rozkazu zrzucenia tu broni lub desantu.

Zacząłem pracę tak jak w 1939 r. w Warszawie, nawet z niektórymi ludźmi, których sam niegdyś wciągałem do TAP w Warszawie. Zorganizowałem tu pierwszą „piątkę”, w skład której zaprzysiągłem płk.1, kpt.dr.2, rtm.3, ppor.4, oraz kolegę 5 (klucz z nazwiskami odpowiadającymi tym liczbom napiszę osobno). Dowódcą piątki został płk.1. Dr.2. dostał rozkaz opanowania sytuacji w szpitalu więźniarskim (Häftlingskrankenbau – HKB), gdzie już pracował jako „fleger” (Polacy oficjalnie nie mieli prawa być lekarzami, mogli być tylko pielęgniarzami).

W listopadzie posłałem pierwszy meldunek do Komendy Głównej w Warszawie, przez ppor.6. (mieszkał on do Powstania w Warszawie, przy ul. Raszyńskiej nr 58), pracownika naszego wywiadu, wykupionego z Oświęcimia.”

„Organizacja się rozrastała. W czasie mego pobytu w rzeźbiarni wciągnąłem do szeregów naszych paru przyjaciół – 53 i 54. Następnie 55, 56, 57, 58. Poza wciąganiem przeze mnie osobiście, każda piątka rozprzestrzeniała się, rozgałęziała wśród masy więźniów własnym przemysłem do różnych komand, budując odnogi w oparciu o znajomość sylwetki nowego kandydata. Tu wszystko funkcjonowało wyłącznie na wzajemnym zaufaniu. Toteż rozwiązując problem przewodzenia w poszczególnych grupach związanych z sobą, stanąłem na stanowisku oparcia się na poszczególnych dowódcach od mniejszych do większych, mając na względzie wyłącznie zalety osobiste danego przewodnika. Inaczej rozwiązać tego nie mogłem. Odrzucić należało wszelkie sugestie z ziemi. Nieważne było, kim kto był kiedyś w przeszłości, lecz ważnym było, by na każdym z dowódczych stanowisk był „chłop z …”, który by w momencie czynu nie swym tytułem chciał ująć masę, gdyż masy tej przed tym momentem nie można było uświadomić, lecz by potrafił wcześniej milczeć, kied y trzeba – świadomie porwać masę za sobą. Więc przedtem już musiał mieć sylwetkę wyróżniającą się działalnością, być tym, za którym by koledzy chętnie szli. Nie tylko musiał być dzielny, lecz także odznaczać się siłą wewnętrzną i taktem.

Taki drobny fakt – gdy się urabiało i dobierało ludzi, często wciągało się tych, co byli tu na stanowiskach. Zaprzysiężony komendant sali szedł potem na rękę, wydając repety i podtrzymując siły przysyłanym mu potrzebującym podkarmienia naszym członkom, oszczędzając niektórych na swej sali. Lecz jeśli ktoś, kto przyszedł urabiać do pracy sztubowego, nie umiał się zachować, nie miał taktu lub siły woli, by się powstrzymać od odruchu zagarnięcia miski repety dla siebie, to tu robota nasza spalała na panewce.

Co innego, że zwykle po paru rozmowach ze sztubowym, jeśli przychodzący miał siłę woli i nie wspominał o jedzeniu, choćby mu się kiszki skręcały, inicjatywa wychodziła od salowego; wtedy to jedzenie, które tu otrzymywał przychodząc, nie przeszkadzało w montowaniu tutaj sieci organizacyjnej. Niestety, było paru takich, którzy przychodząc w celach organizacyjnych do dopiero co poznanych sztubowych, przede wszystkim wysuwali menażki po repetę dla siebie. W takim wypadku praca dobrze pójść nie mogła. Sztubowy takich odwiedzających załatwiał miską zupy dla nich i na tym koniec.”

” Wtedy zdecydowałem, że dalsze siedzenie moje tutaj jest już zbyt dla mnie niebezpieczne i niełatwe. Po przeszło 2,5 latach trzeba by zaczynać pracę „wiązania” od nowa, z nowymi ludźmi. 13 kwietnia przed południem poszedłem do piwnicy bloku 17, gdzie w osobnym pokoiku pracował kpt. 159 z Komendy z Warszawy, którego sylwetkę znałem, bo pokazywany był mi nieraz przez rozstrzelanego ppor. Staśka 156 i mjr. 85, a z którym dotychczas nie miałem rozmowy ze względu na oddanie go pod opiekę naszemu członkowi 138. Odbyłem z nim pierwszą rozmowę. Powiedziałem: „Siedzę tu dwa lata i siedem miesięcy. Prowadziłem tu robotę. Ostatnio nie dostawałem żadnych dyspozycji. Obecnie Niemcy wywieźli naszych najlepszych ludzi, z którymi pracowałem. Trzeba by było zaczynać od początku. Uważam, że dalsze siedzenie moje tutaj nie ma sensu. I dlatego wychodzę.”

Kpt. 159 spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział: „No tak, rozumiem pana, lecz czy można kiedy się chce przyjeżdżać i wyjeżdżać z Oświęcimia?” Odpowiedziałem: „Można”.”

„Nic się nie zmieniło w stosunku do złapanych na nieudanej ucieczce. Znowu powiesili dwóch na placu ku odstraszeniu ich przyszłych naśladowców. Spojrzeliśmy wtedy z Jasiem na siebie i powiedzieliśmy sobie wzrokiem: „No cóż? Obie strony będą próbować. My będziemy próbować wyjść, a oni niech próbują łapać.”

Gdy Jasiek już nieco odpoczął po kilkudniowej pracy w piekarni, zapytałem go, czy by się nie dało tego cholernego zaczepu usunąć z drzwi? Jasiek wyjaśnił, że ostatecznie dałoby się, bo jest przytwierdzony śrubą o mutrze zakręcanej na drzwi od strony wewnętrznej. W następnych dniach Jasiek, wożąc chleb z piekarni, zrobił w świeżym chlebie odcisk mutry i klucza od kłódki , którą było zamknięte okno w piekarni, w hali, gdzie składano wypieczony chleb. Według tego odcisku klucz na mutrę robił znajomy Jaśka, ślusarz na „Industriehof I”. Klucz do kłódki robił w tejże ślusarni były mój współpracownik w TAP w Warszawie, chor. 28. Oba klucze były w ciągu doby gotowe. Jaśkowi udało się ostrożnie sprawdzić, czy pasują. Klucz od kłódki był zrobiony na wszelki wypadek, gdyż okno otworzyć nieznacznie, jak Jasiek mówił, było prawie niemożliwe.”

resztę poczytajcie sami…i I pamiętajcie, że pobyt w KL Auschwitz to tylko jeden z etapów życia Witolda Pileckiego.

Michał Grelewski

Jeden komentarz

  • Adam Kralisz

    Grelu! Ja mimo wszystko proszę o jeszcze – tutaj w Wywiadowcy. Pilecki to był gość. Wyję do Księżyca na myśl co z nim zrobiono, jak potraktowano…

    Przy okazji zgodnie z tekstem Filipa o bieżących wydarzeniach w ZHR pragnę zakomunikować, że 27 września odbędzie się wręczenie sztandaru i nadanie imienia Witolda Pileckiego Chorągwi Harcerzy Ziemii Opolskiej. Jesteśmy jako ŁChH-y na tę uroczystość i związaną z nią grę terenową zaproszeni. Pod koniec wakacji puszczę szczegółowe informacje. Szanowni czytelnicy rezerwujcie sobie wtedy czas!

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *