Ignorancja czyli nieuctwo…

Ignorancja to nie ignorowanie. To brak wiedzy na podstawowe tematy i „odporność” na informacje. To nieuctwo, niechęć do rozwoju intelektualnego i zwykłe lenistwo. Ignorant przynosi wstyd. Ignorancja jest potępiana zarówno przez filozofię świecką jak i przez różne religie. Jest obciachem.

Kiedyś ignorancją było twierdzenie, że słońce kręci się wokół ziemi, a nasza planeta to płaski dysk leżący na grzbietach żółwi czy krokodyli. Teraz niestety też mamy podobne przykłady.Znany polityk tłumaczy łodzianom, żeby nie brali udziału w referendum, które ma zdecydować czy chcemy prawdziwego i oddanego Łodzi „gospodarza miasta” czy turystę za nasze pieniądze oddanego zwiedzaniu świata.

Można usprawiedliwić sympatie polityczne, można się przyzwyczaić do złej woli niektórych polityków, ale nie można usprawiedliwić głupoty i ignorancji. Powodem, dla którego mielibyśmy nie iść do urn aby oddać swój głos za lub przeciwko zmianom, jest… niepotrzebny i zbyt wysoki koszt referendum.

Dlaczego nie było mowy o tym wtedy, kiedy zbierano podpisy potrzebne dla ogłoszenia referendum, a dopiero teraz kiedy okazało się, że referendum będzie? Miasto nie zrobiło nic, żeby nie udało się zebrać wymaganej liczby podpisów. Nie było kampanii „edukacyjnej”, rozmów społecznych, agitacji. Pozwolono na marnowanie naszych pieniędzy nie tylko na 170 wyjazdów zagranicznych prezydenta ale też na zorganizowanie głosowania nad jego odwołaniem.

To czy pójdziemy czy nie, nie zmieni kosztów głosowania. Koszty są ogromne i one się nie zmienią. Kartki zostaną wydrukowane, komisje odbiorą wynagrodzenie, reklamy wyborcze będą się ukazywać, plakaty wisieć na słupach. Nie idąc opowiadamy się za jednym z rozwiązań (pozostawieniem status quo) ale koszty już zostały ustalone.

Czy zatem warto marnować publiczne (nasze) pieniądze nie idąc? Zagłosować możemy zgodnie z własnym rozumem i sumieniem. Nie głosując, sami stajemy się ignorantami. Nie mamy zdania, nie wierzymy w demokrację, że nasz głos coś zmieni, nie rozumiemy powodów referendum? Nieważne. Nie idziemy więc jesteśmy niepełnowartościowi intelektualnie. Obciach.

Cokolwiek sądzimy o odchodzącym w przyszłym roku prezydencie, cokolwiek nam się podobało lub nie – idźmy 17 stycznia na referendum. Pokażmy, że popieramy lub pokażmy, że chcemy zmian. Nie bądźmy ignorantami.

pwd. Andrzej Jagoda

15 komentarzy

  • Właśnie to napisałem. Nie jest ignorancją pozostanie w domu z wiedzą, że głosujesz wtedy na „nie”. Co innego tłumaczenie tego kosztami. Natomiast idąc na referendum zwiększasz szanse na odwołanie Kropiwnickiego TYLKO wtedy, kiedy zakładasz, że przeciwników jest więcej niż zwolenników. Jeżeli jest odwrotnie to zwiększasz szanse na osiągnięcie przez niego sukcesu. Twój wybór i Twoje ryzyko. Jeżeli okaże się, że referendum będzie ważne to przez taką „obstrukcję” Kropiwnicki dostanie mniej głosów.

    Nie podoba mi się pomysł referendum tuz przed upływem kadencji, nie podoba mi się, że to Lewica z nim wystąpiła. Ale PO musi agitować w jakimś kierunku. Wybrali ten, ich sprawa. Czy im to pomoże w listopadzie wygrać? Zobaczymy. Będą się odżegnywać od decyzji Kropiwnickiego i na tym chcą budować kapitał. Zaczęli już teraz.

    Nigdzie nie napisałem, że referendum to czy inne ma jakaś ideologię. Po prostu są tylko dwie opcje: iść albo nie iść. Każda z nich za czymś się opowiada. Wyjaśniłem to parę razy wcześniej więc nie będę powtarzał. Nie można natomiast kłamać i otumaniać i tak ciemnego ludu jak to robią politycy. Dlatego ponieważ każdy powinien mieć swoje zdanie, powinien głosować w ten czy inny sposób.

  • Nie mam zamiaru uczestniczyć w referendum. I nie wynika to z mojego ignorancji. Po prostu nie ma moim zdaniem powodów do odwoływania Kropy w trybie nadzwyczajnym – na kilka miesięcy przed wyborami.
    Ponieważ mam takie a nie inne zdanie, nie podpisałem wniosku o zwołanie referendum i teraz konsekwentnie nie będę w nim uczestniczył.
    Konstrukcja referendum w sprawie odwołania prezydenta jest taka, że bardzo ważną rolę odgrywa frekwencja. Idąc na referendum zwiększam szanse na odwołanie Kropy a skoro uważam że powinien dokończyć swoją kadencje to nie idę. Proste i logiczne.
    Nie jestem zwolennikiem Kropy i na pewno nie głosowałbym za jego trzecią kadencją. Z drugiej strony nie jestem też frajerem, który na wezwanie postkomunistów i PO będzie biegał na referendum. Ci panowie (i panie) przez ostanie 7 lat zasiadając w Radzie Miejskiej popierali większość pomysłów Kropy, zatwierdzali np. corocznie budżet na jego wyjazdy! Ba, Platforma Obywatelska przez 7 lat współrządziła z Kropiwnickim, odpowiadając np. za stan dróg w Łodzi i komunikacje miejską (zresztą nadal szef PO w Łodzi jest dyrektorem ds. eksploatacji w MPK). I oni nagle twierdzą, że trzeba odwołać Kropiwnickiego w trybie nadzwyczajnym nie przedstawiając żadnej alternatywy! Śmieszne i żałosne tak jak i większość klasy politycznej w Łodzi bez względu czy ktoś jest wielbicielem gościa w śmiesznej czapce z herbem Łodzi czy też wyznawcą gościa w peruwiańskiej czapce uszatce.
    Andrzeju, swoim tekstem i komentarzami próbujesz dopisać jakąś ideologię i wartości do referendum. Zupełnie to do mnie nie trafia. Referendum to po prostu zwykła walka o władzę. Jedni chcą zostać przy „korycie” inni chcą się do niego powrócić. Nie używajmy wielkich słów i wartości do tak przyziemnych i prostych spraw bo wtedy kiedy naprawdę trzeba będzie nie będą już miały swojej mocy.

  • Na szybko: w swoim pierwszym komentarzu (p. 2) napisałem, że to też ignorancja. „Chcę żeby referendum było nieważne więc nie pójdę”. Nawet jeżeli referendum będzie „nieważne” to i tak jego efekt będzie ważny (Kropiwnicki zostanie). Dlaczego nie iść skoro i tak głosowałbyś za prezydentem? Z obawy, że i tak to nic nie zmieni bo przeciwników jest zbyt dużo? W takim razie nie idąc też nic nie zmienisz bo jest ich zbyt dużo. A co jeśli nie pójdziesz a referendum będzie ważne i Twojego głosu zabraknie prezydentowi? Pójdzie 200 tys. ludzi ale wynik będzie minimalnie na minus. Wtedy Twoje zamierzenia wezmą w łeb z powodu nie braku wiary ale wiedzy, że tak może sie stać.

    Zanim się weźmie pod uwagę plusy i minusy ostatnich 7 lat, trzeba się zastanowić ile z sukcesów zależało od prezydenta a ile od Rady Miasta. To ona podejmuje uchwały, a prezydent je tylko wykonuje bo ma taki obowiązek. Rada Miasta uznała, że z tym prezydentem nie da sie współpracować i rządzi on ze szkodą dla Łodzi. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o ostatnie lata.

    Edit: Zastanawia mnie też, dlaczego człowiek przyparty do muru, nie broni się swoimi sukcesami, tylko próbuje wmówić ludziom, że to atak nie na niego a na świętości i wartości (atakuje go lewica więc to na pewno za walkę o 3 Króli). To bardzo niskie. Próbuje zaktywizować ludzi starszych, którzy na hasło „Brońmy wiary!” nieświadomie i bezkrytycznie w stosunku do niego samego będą walczyć nie o to, żeby został ale żeby dokopać komuchom bo poczują zagrożenie. A ludzie młodzi będą walczyć z nimi a nie z Kropiwnickim. Taki będzie odbiór referendum przez ludzi starszych. Kropiwnicki-Chrześcijanin wprowadza więc świadomie podziały w społeczeństwie dla swoich osobistych korzyści.

  • Adam Kralisz

    Podsumowując Waszą dyskusję: ignorancją nie jest samo nie pójście na referendum, lecz tłumaczenie tego głupimy czy też kłamliwymi wymówkami. Jeśli nie pójdę tłumacząc, że dzięki temu nie będzie ważne (nie jest przy tym istotne czy będę miał rację czy nie i czy tok mojego rozumowania jest właściwy) to ignorantem nie będę – co najwyżej głupcem jak twierdzi Andrzej.
    Swoją drogą czy Kropa ogłaszał w mediach by na referendum nie chodzić? On osobiście? Czy tylko osoby go popierające?
    Analizując za i przeciw tej prezydenturze należy pamiętać o jej beznadziejnym stylu, rządzeniu w stylu rosyjskich carów (ukaz niezgodny z obowiązującym prawem, które po prostu się ignoruje) o braku konsyliacyjnego nastawienia, by z opozycją negocjować w sprawie konkretnych projektów dobrych dla miasta. Na drugiej stronie wagi należy umieścić niewątpliwe sukcesy – 7 lat temu Łódź była totalnym zaściankiem, dziurą w środku Polski znaną z łowców skór, beczek, przekrętu z kupnem City runnerów, itp. Teraz mamy halę i dwie imprezy rangi Mistrzostw Europy, kilka ogólnopolskich imprez, Ligę Mistrzów w siatkówce, mamy Falę (fakt, że w porównaniu z Krakowem jest marna – ale jest), bardzo dużo wyremontowanych dróg i wiele wciąż robionych (co prawda użycie tego argumentu jest włożeniem kija w mrowisko – bo nadal wiele dróg jest fatalnych a remonty tak liczne blokują miasto), realnie rusza projekt Nowego Centrum Łodzi wraz z remontem EC1 i co chyba najważniejsze kolej dużych prędkości wraz z połączeniem Łodzi Fabrycznej z Kaliską tunelem pod miastem. Łódź stała się znana nie tylko ze zdania „gdzie masz ch… czapkę” ale również z festiwalu Cemerimage, Czterech Kultur czy też Explorers oraz Komiksu. Bodźcem dla miasta jest też ubieganie się o miano Europejskiej Stolicy Kultury 2016.
    Piszę to nie by kogoś przekonywać – bo jak może przekonywać ktoś, kto sam nie wie co zrobi. W moim wypadku co może dziwić wszystkie trzy opcje są możliwe.

  • Na Twoje ostatnie pytanie odpowiem – może trochę dziwnie, ale tak uważam – staram się ich nie oceniać, bo ich nie znam. Skąd czerpiemy wiedzę na temat polityków i ich działań? Z mediów – a te nikomu nie szczędzą, i wszędzie, gdzie tylko mogą szukają sensacji, spisków etc (co tłumaczyłem kilka komentarzy wcześniej – oni z tego żyją).
    W związku z czym nie mam zdania na temat polityków, bo ich nie znam po prostu, nie wiem jacy naprawdę są etc. Bo rzeczywiście problemem jest to, że nie jestem w stanie na temat żadnego polityka powiedzieć czegoś dobrego, co więcej – boję się tego, bo jeśli powiem o kimś coś dobrego – to tak jak u nas w harcerstwie – bardzo szybko znajdzie się ktoś, kto dorzuci swoje trzy grosze słonej krytycznej oceny.
    Do mediów mam coraz gorszy stosunek, bo zaczerniają rzeczywistość – dlatego właśnie zacząłem interesować się poglądami partii o których media po prostu nie mówią – i tutaj podoba mi się (nie ukrywam) to, co mówi Janusz Korwin Mikke – przede wszystkim dlatego, że mówi sam (czasem może rzeczy nie do końca zgodne z tym, co chcę usłyszeć) wprost to, co uważa – w mediach go nie ma, samemu trzeba do niego dotrzeć.

    ps. no to teraz będzie nagonka ;P

  • Nie, idąc tym tokiem myślenia aby nie być ignorantem trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że nie idąc oddaje się głos. Ignorancją nie jest zostanie w domu ale tłumaczenie tego innym powodem niż chęć „unieważnienia” referendum. Dlatego ignorantami są ci, którzy namawiają do pozostania w domu w imię np. oszczędności i bezsensu głosowania a nie w imię pozostawienia prezydenta przy władzy. Ignorantami lub kłamcami, zależy od wiedzy i świadomości tego co się mówi. Myślę, że politycy wiedzą co mówią.

    Tak, zdecydowanie lepsze wyjście to wybory a nie mianowanie, bo decyzję podejmuje kilkaset tysięcy ludzi a nie jeden człowiek. Komisarz ma „darmową kampanię” jeśli rozumiesz przez nią okres sprawowania przez niego rządów. Ma wtedy szansę wykazania się jak nikt inny. Nie obiecuje a działa. To duże ułatwienie dla dobrego komisarza ale tragedia dla kiepskiego. Ludzie go „sprawdzą” i nie wybiorą. Tak więc to też duże ryzyko. Mam nadzieję, że komisarz będzie ok „i żyli długo i szczęśliwie”.

    Co do krytyki to tak, krytykujemy jako naród zawsze i każdego. Ale wskaż polityków, na których temat masz do powiedzenia więcej dobrego niż złego. Czy to wynika tylko z Twojej (naszej) krytycznej oceny czy z ich skandalicznego zachowania? Nie sądzę, żebyśmy wszyscy byli tak mało obiektywni, uczciwi lub inteligentni i krytykowali każdego tylko za to, że jest u władzy. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że to nie my (naród) jesteśmy idiotami i kłamcami a politycy wszystkich opcji.

  • Czyli idąc tym tokiem myślenia, aby nie być ignorantem musiałbym uczestniczyć we wszystkich referendach jakie sobie ktoś tam wymyśli?
    Może zacznijmy być konsekwentni w czynach, i jeśli kogoś wybieramy na jakiś urząd, bądźmy za to po prostu odpowiedzialni, a nie zmienni w poglądach. Osoby, które wybrały takiego, a nie innego prezydenta zrobiły to z pewnych powodów (z uwagi na reelekcję, możemy śmiało powiedzieć, że wiedzieli w jaki sposób sprawuje władzę) a teraz nagle wszystkim się nie podoba – od kiedy jakoś obserwuję Polaków dochodzę do wniosku, że krytykę mamy wyssaną z mlekiem matki – wybieramy, krytykujemy, nie wybieramy – też krytykujemy, zmieniamy – krytykujemy i tak dalej. Więc ja bym proponował się tego nauczyć – a nie popierać referenda marnujące i tak niewielki budżet miasta (w porównaniu z potrzebami) – pomyśleć, że zamiast referendum można by polepszyć komunikację miejską :) ale kto by tam z polityków o tym pomyślał!

    I uważam, że jeśli nie zbierze się potrzebne minimum aby referendum było ważne, to będzie to też znak, że jako ludzie myślący jesteśmy przeciwni takim idiotycznym decyzjom. Bo co innego mamy zrobić? Idąc, udowadniamy, że referendum jednak było potrzebne.

    I Andrzeju, może bardziej się orientujesz – komisarza wybiera ponoć premier – więc ma darmową kampanię wyborczą – ale nikt nie ma poza nim wpływu na to, któż Łodzią będzie zarządzał. Czy to aby najlepsze wyjście? Ja chyba wolałbym się przemęczyć z prezydentem, którego demokratyczna większość z nas jednak wybrała – konsekwencji nam potrzeba.

  • Nie twierdze, że o ludziach uczciwych się mówi. Jeżeli się nie mówi to możemy zakładać, że są uczciwi lub nie przyłapani na nieuczciwości albo ta nieuczciwość nie jest medialna. Jeżeli się o kimś mówi źle, to pewnie jest jakiś powód. Jeżeli dochodzi do jakiegoś sporu (jak u nas do referendum) to media stają po czyjejś stronie. Uważasz, że zawsze po złej? Że o dobrych nie mówią wtedy dobrze? Na co dzień nie muszą, w razie potrzeby powinny. Ja zakładam (na podstawie doświadczenia), że mówią jeśli jest potrzeba.

    Masz rację, że referendum zostało „wymyślone” zbyt późno. Też żałuję, bo minęło 7 lat prezydentury i od 7 lat słyszę narzekania. Jeśli byłoby wcześniej to komisarz miałby więcej czasu i szans na zmiany. Prawdopodobnie te parę miesięcy nic nie zmieni. A jeżeli jest plan, żeby komisarz później kandydował na prezydenta, to będzie musiał się tym bardziej starać żeby dobrze rzadzić bo czasu na zdobycie zaufania będzie miał mało.

    Myślę, że najważniejsze dla organizatorów referendum jest odsunięcie od władzy i od mediów otoczenia prezydenta, żeby nie mogło ono prowadzić skutecznej kampanii dla Wł. Tomaszewskiego. Wszędzie się ostatnio pokazuje bo wszędzie zastępuje Kropiwnickiego. To idealna sytuacja. Za darmo ma czas antenowy. Jeżeli w czasie kampanii nie będzie już się mógł pokazywać to go Łodzianie nie wybiorą. Dla tego celu referendum to zbawienie, niezależnie od terminu. Tomaszewski odejdzie z dnia na dzień, nieważne ile zostanie czasu do listopada.

    Jak pisałem wcześniej – nie idąc demonstrujesz poparcie dla prezydenta a nie niechęć do referendów. Niechęć mogłeś demonstrować nie podpisując wniosku o jego organizację. Nie wyszło, więc trzeba coś z tym zrobić. Najlepiej zgodnie z sumieniem. Jeżeli nie chcesz w ogóle głosować to musisz się wymeldować z Łodzi – wtedy nie głosujesz za prezydentem.

    Rozumiem myślenie, że nie idąc bojkotuję. Jednak dotyczy ono tylko wyborów, kiedy quorum nie ma znaczenia (wybory parlamentarne, prezydenckie, samorządowe). W tym przypadku tak nie jest, mylenie tych pojęć jest oznaką ignorancji (niewiedzy i niezrozumienia mechanizmów referendum). Pozostaje wymeldowanie się.

  • Andrzeju, co do mediów, to rozumiem, że idąc Twoim tokiem rozumowania, poza Janem Pawłem II nie ma w Polsce ludzi uczciwych, bo media tylko czekają na chwilę, kiedyś mogą komuś zaszkodzić – tylko wówczas rosną im słupki oglądalności, kiedy ich komentarzom towarzyszą afery – a przecież o to mediom chodzi! Nikt nie będzie tam mówił o ludziach na co dzień dobrych, sumiennych i uczciwych (chyba, że w godzinach kiedy już wszyscy śpią). Poziom mediów z którymi mamy do czynienia miesza się z błotem więc uważałbym z tak ideologicznym ich ujęciem jak Twoje. Przecież kto by oglądał media mówiące o dokonaniach prezydenta Łodzi, premiera Polski czy też prezydenta. Obejrzyjcie wiadomości, i zobaczycie, że każdy przedstawiony jest chętniej w złym świetle – sam fakt zestawienia komentarzy – dużo więcej czasu antenowego w reportażu mają przeciwnicy niż zwolennicy – oczywiście, możemy tłumaczyć to chęcią obiektywnego ukazania sprawy – ale czy na pewno? Szczerze w to wątpię, a im jestem starszy tym bardziej tracę zaufanie do mediów i tego co sobą prezentują – z resztą z tego powodu straciłem ochotę do tego, aby zostać dziennikarzem.

    Wracając do tematu referendum.
    Masz rację pisząc, że obie strony powinny się zmobilizować i iść i głosować. Ale paranoją jest fakt zwoływania referendum w takim terminie – to jest wręcz głupota i marnotrawienie pieniędzy miejskich – nowy komisarz będzie zajmował pozycję do listopada – idę o zakład, że w Łodzi nic się nie zmieni – dlaczego? Bo to za krótki okres czasu, a poza tym, ten czas de facto zostanie wykorzystany do akcji promocyjnych i szykowania się o walkę stołków. I pytanie, wracając do tematu, czy osoby które występowały z wnioskiem o referendum nie okazały się ignorantami? Bo wiedzą jak to przecież po referendum będzie wyglądało. Gdyby zrobili to rok, półtora roku temu – byłoby to przynajmniej zrozumiałe. W obecnej sytuacji jest to dla mnie po prostu brak zdrowego rozsądku, i dlatego przemawia do mnie argument – wypływający z mojego rozsądku, że nie idąc na to referendum (bo przypuśćmy, że mi osoba prezydenta nie przeszkadza) zademonstruję, że idea referendum mi się nie podoba, że to głupota, że marnuje się pieniądze które można by wykorzystać na wiele innych sposobów! A nie na próbę władzy.

    W ogóle pojawia się pytanie, czy udział w referendum w przypadku kiedy po prostu jest się przeciwny samej jej istocie to również ignorancja? Jeśli nie robię tego z lenistwa, tylko po prostu wiem, że zwoływanie tego referendum – bez względu na skutki – samo w sobie – jest głupotą. Bo co z tego, że zmienią prezydenta, skoro jego następca nic w tym czasie nie zdąży zrobić?

  • Jeśli ktoś pójdzie na referendum i zagłosuje na „nie” i ten głos zdecyduje, że referendum będzie ważne (potrzeba głosów ponad 114 tys. mieszkańców), to… to co? To będzie ważne. Zwycięży demokracja a nie tchórzostwo. Wynik natomiast będzie zależał od skali poparcia dla prezydenta. Rozumiem, że obawiasz się, iż referendum będzie ważne ale Kropiwnicki odejdzie. Jeżeli nic nie zrobisz (i nie pójdziesz) to na 80% tak będzie. Dlaczego? Wyjaśniam poniżej.

    Są 3 wyjścia:
    1. Referendum nieważne – zostaje
    2. Referendum ważne i wynik na „nie” – zostaje
    3. Referendum ważne i wynik na „tak” – odchodzi

    Jeżeli referendum będzie nieważne z uwagi na to, że ci co są na „nie” zostaną w domu, wtedy większość głosów będzie na „tak”. Media podadzą, że referendum jest nieważne ale np. 90% głosujących było za odwołaniem. Marketingowa klęska obozu Kropiwnickiego. Wtedy za rok Tomaszewski nie ma szans, PO i Lewica go zjedzą w następnej kampanii.

    Jeżeli będzie nieważne ale zostaną w domu ci co są na „tak” – wtedy sukces prezydenta i jego obozu będzie podwójny (zostaje i ma dowód poparcia bo wyniki będą np. 90:10 a nie 10:90). Ale ten przypadek jest nierealny (referendum popierają ci co są na „tak” więc pójdą).

    Jeżeli referendum będzie ważne i większość zagłosuje na „nie” to wtedy każdy namaszczony przez Kropiwnickiego kandydat ma dowód poparcia i wygraną za rok w kieszeni. Podwójny sukces bo głosujących na „nie” będzie dużo i zwycięstwo w 2010 pewne.

    Jeżeli referendum będzie ważne i większość zagłosuje na „tak” to nie dość, że klęska wizerunkowa to jeszcze utrata stołków.

    Które wyjście lepsze? Iść z wiarą, że wygram wszystko czy nie iść wszystko ryzykując a później mieć pretensje do siebie, że się nie poszło?

    Dla prezydenta najlepszym wyjściem byłoby, gdyby jego zwolennicy poszli i zagłosowali na „nie”. Jeżeli nie pójdą, może ich głosów zabraknąć do zwycięstwa i dozna druzgocącej klęski, jeśli referendum będzie ważne. Namawianie do bojkotu to tchórzostwo ze strony prezydenta (może się uda i nie będzie „quorum”) ale też głupota (bo jeśli jednak będzie „quorum” to przegra na własne życzenie). Czy chcemy prezydenta głupiego i tchórzliwego? Mam nadzieję, że zmieni zdanie.

    Jeżeli prezydent jest pewny swoich dokonań, to nic prostszego – wystarczy je zaprezentować setkom tysięcy swoich zwolenników lub namówić ich do tego, żeby nie poszli. Jeżeli tych zwolenników nie są setki tysięcy a zaledwie garstka, to ich niepójście nic nie zmieni. Ani nie przesądzi o ważności ani tym bardziej o uczciwym zwycięstwie w walce. A namawianie ich do zostania tworzy właśnie opinię tchórza. Lepiej namawiać do walki niż do dezercji.

    Przypominam, że do ważności referendum wystarczy tyle głosów ile Lewica zdobyła pod wnioskiem o referendum (ponad 100 tys.). Wystarczy, żeby poszli tylko ci, co chcą odejścia Kropiwnickiego i podpisali wniosek o referendum. Jeżeli nie pójdzie nikt ze zwolenników, wynik będzie porażką do zera.

    P.S. Co do nagonki mediów to się nie zgodzę. Porządni ludzie mają szansę pociągnąć za sobą tłumy swoją uczciwością. Jeżeli nikt za nimi nie stoi i zostali sami na placu boju to jest pytanie dlaczego nie mają zaufania społecznego? Dlaczego je utracili (przecież mieli bo zostali kiedyś wybrani)?

    To prezydent a nie opozycja ma większą władzę, dojścia, znajomości i możliwości. Jeżeli większość łódzkich mediów jest przeciwko niemu, to znaczy tylko tyle, że nie rządzi właściwie i nie wykorzystuje władzy z korzyścią dla Łodzian (nikt go nie popiera więc nikomu nie służy). Może służy sobie albo tylko pojedynczym osobom (a to już przestępstwo).

  • Adam Kralisz

    Twoja argumentacja jest trochę pokrętne. A co się stanie, jeśli pójdę na referendum (zakładając, że jestem przeciw odwołaniu prezydenta) i mój głos razem z np. dosłownie 50 innymi (to bardzo mało) zadecydował, że referendum jest ważne, boprzekroczyło ten magiczny procent ważności? (Swoją drogą jak to wygląda z formalnego punktu widzenia, tzn. ilu Łodzian musi pójść do urn?).

    Przekonuje mnie argument, który zawarłeś na końcu:
    „Liczenie na to, że nie idąc doprowadzimy do nieważności referendum jest ryzykanctwem i przyznaniem się do tego, że nasza opcja jest w mniejszości (”pójście nie da wygranej bo jest nas za mało”).”
    Jeżeli uznajemy prawo większości głosującej do decydowania o sprawach tego kraju (nawet jeśli w przypadku większości wyborów mniej niż 50% uprawnionych idzie do urn), to dlaczego w tym przypadku mamy to prawo odbierać?
    Powstaje co prawda inne pytanie? Czy większość ma rację? Bo nagonka ze strony mediów chyba jednak rzeczywistość zniekształca.

  • Hm… Nie zgadzasz się z faktami a nie ze mną ;)

    Jeżeli ktoś był „za” i nie idzie to widocznie ma to w nosie. Nie zostaje w domu z powodów „ideologicznych” (jego niepójście jest na jego „niekorzyść” więc nie ma „ideologicznego” powodu, żeby nie iść). Po prostu mu się nie chce. Nie można go więc nazwać ignorantem tylko leniem ignorującym fakt referendum lub hipokrytą. Ignorancja to nie ignorowanie. Niepójście w tym przypadku nie wynika z niewiedzy tylko z lenistwa. Ignorancją może być najwyżej niewiedza o tym, że nie idąc daje się szansę jednej z opcji.

    Jeżeli ktoś był „przeciw” samemu referendum bo koszty itp (ale powód inny niż „za” lub „przeciw” prezydentowi), to jest ignorantem, bo nie ma zdania na temat odwołania. Nie idąc wspiera jedną z opcji, a więc głosuje nie wiedząc o tym. Klasyczna ignorancja. Referendum się odbędzie więc jego niepójście jest wyborem, którego chciał uniknąć. Jego działka skończyła się przy zbieraniu wniosków o referendum. Jeżeli chce doprowadzić do nieważności referendum, to nie idąc doprowadza jednocześnie do wyboru i przez to referendum jest „ważne”. To nie jest referendum z 3 możliwymi wynikami. Zawsze jest się „za czymś”, nawet nie idąc. Ten argument więc odpada.

    Mobilizować powinni się jedni i drudzy. Ci co są za odwołaniem – z oczywistych powodów. Bez pójścia nic nie osiągną. Ci co są przeciwko odwołaniu też – bez nich prezydent może stracić stanowisko. Jeżeli myślą, że nie idąc zwiększają jego szanse to się zdziwią jeśli pójdzie dużo ludzi, a dodatkowo wynik będzie druzgocący (bo pójdą tylko ci co są „za”, reszta zostanie w domu). Pójście powoduje, że wynik będzie ważny ale dopiero głosowanie stanowi o wyniku. Nie głosując powodują, że liczy się tylko opcja przeciwna.

    Oczywiste jest, że zawsze lepiej dać szansę lepszemu. Nie napisałem, że jakiemukolwiek. Lepszy to lepszy. A jeżeli idziemy głosować „za” to z nadzieją, że każdy komisarz będzie lepszym kandydatem. Głupotą byłoby nie dać mu szansy. Nie po to chcemy odwołania poprzedniego.

    Nie chcę się deklarować po żadnej ze stron, przedstawiłem tylko obiektywnie właśnie jak wygląda sprawa. Nie idąc albo działamy na szkodę miasta i wbrew sobie (jeśli jesteśmy „za” odwołaniem) albo na szkodę prezydenta (jeśli jesteśmy „przeciw” odwołaniu). W drugim przypadku może się okazać, że nie poszliśmy go poprzeć a referendum jest ważne i budzimy się z ręką w nocniku gdy jest za późno. Liczenie na to, że nie idąc doprowadzimy do nieważności referendum jest ryzykanctwem i przyznaniem się do tego, że nasza opcja jest w mniejszości („pójście nie da wygranej bo jest nas za mało”). Jest to więc klasyczna ignorancja – skoro za mało to czemu niby wystarczająco dużo żeby referendum było nieważne…?

    Oby każdy dokonał dobrego wyboru i nie stwierdził 18 stycznia, że zawalił sprawę. Wyniki głosowania to już sprawa niezależna od nas.

  • No to ja się z Tobą nie zgodzę niestety. W tym konkretnym przypadku osoby chcące odwołać prezydenta muszą „walczyć”, a nie osoby temu przeciwne.
    Jeśli ktoś podpisał się pod wnioskiem o odwołanie, a następnie nie pójdzie na referendum – to rzeczywiście można go nazwać ignorantem.
    Ale jeśli ktoś się pod wnioskiem nie popisał, uznając od początku, że to bezsensowne marnotrawienie pieniędzy (+ inne argumenty, bo przecież każdy ma jakieś swoje powody) to jeśli ma dać wyraz swojemu sprzeciwowi najlepszym będzie, jeśli pozostanie w domu, bo de facto nie ma o co „walczyć”, ani się czegokolwiek „wybierać”. Może tylko udowodnić, że pieniądze rzeczywiście zostały wydane bez sensu (bo referendum okaże się nieważne), a ilość osób chcących udowodnić, że trzeba odwołać prezydenta jest do tego zwyczajnie zbyt mała (więc było one niepotrzebne).
    Pójście, aby powiedzieć „nie” tak naprawdę nic nie da – tutaj mobilizować się powinni Ci, którzy są za odwołaniem, a nie Ci, którym jest to obojętne, bądź też są temu przeciwni.
    Ps. co do Twoich słów: „Zawsze lepiej (nawet na parę dni) dać szansę komuś lepszemu.” to też się z tym nie zgodzę, bo nie wiemy kto zostanie wybrany komisarzem, i tak naprawdę oceńmy, ile taka osoba będzie w tak krótkim stanie zrobić i zmienić – według mnie niewiele, a biorąc pod uwagę, że jakoś tam miasto działa (lepiej lub gorzej) po wejściu komisarza nie sądzę, aby w ciągu kilku dni był on w stanie nagle zmienić łódzką rzeczywistość – nie wierzę w utopię ;)

    I kończąc, staram się w tym co piszę być obiektywny – mój pogląd na tą sytuację jeszcze się nie wykrystalizował – czasu na szczęście jeszcze trochę jest. Myślę tylko, że warto przedstawiać mechanizm działania referendum obiektywnie. To nie wybory, gdzie każdy głos się liczy, bo jest wyrazem naszego poparcia. Tutaj tak naprawdę liczą się głosy tylko tych, którzy idą i mówią: „tak, zmieńmy prezydenta”. Ci, którzy chcą, aby nim został powinni zostać w domu – mając świadomość tego, że w ten sposób oddają swój głos przeciw tej inicjatywie.

  • Było o tym w artykule. Kaczyński nie stwierdził, żebyśmy nie szli bo lubi Kropiwnickiego tylko żebyśmy nie szli bo to koszty. Ignorancja lub kłamstwo. Nie idąc powodujemy, że referendum i tak się odbędzie ale może być nieważne i prezydent zostanie. Koszty przez to się nie zmniejszą. Idąc i głosując na „nie” mamy szanse na to, że wynik będzie zależał od nas i prezydent zostanie. Jeżeli uważamy, że jeden głos nic nie zmieni (i będzie „tak” za odwołaniem) to po co siedzieć w domu skoro i tak będzie wymagana ilość osób (bo jeden głos nic nie zmieni)? Sami sobie przeczymy.

    1. Jesteśmy ignorantami nie idąc bo „nie uznajemy referendów” i „nic nie zmienią”
    2. Jesteśmy ignorantami nie idąc i chcąc doprowadzić do unieważnienia referendum z powodu zbyt małej liczby głosów (skoro boimy się, że większość będzie za odwołaniem to albo walczmy i idźmy albo uznajmy, że widocznie nie mamy racji)
    3. Jesteśmy ignorantami nie idąc bo „to koszty”
    4. Jesteśmy ignorantami nie idąc bo to „bez sensu na parę miesięcy wprowadzać kogoś innego”.

    Zawsze lepiej (nawet na parę dni) dać szansę komuś lepszemu.

  • A czy nie pójście na referendum w przypadku, kiedy jesteśmy przeciwni – w tym przypadku – odwołaniu prezydenta, w celu zmniejszenia frekwencji, a tym być może przyczynienia się do tego, że referendum będzie z punktu prawnego po prostu nie ważne również uważasz za ignorancję? Bo trzeba pamiętać o tym, że tak naprawdę idąc na referendum, nawet jeśli powiemy „nie” zwiększamy frekwencję dzięki czemu nie robimy nic innego, jak tylko pomagamy też trochę stronie opowiadającej się za „tak” – nie idąc, dość jasno mówimy „nie”, a dodatkowo pomniejszamy frekwencję, więc stosujemy naszą „wiedzę na podstawowe tematy” by jak najlepiej nasze prawo do udziału w referendum wykorzystać (mówię o przypadku, kiedy jesteśmy przeciwni odwołaniu prezydenta).

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *