Strona główna / 2. Z pola walki / Relacje / Wyprawa do Lwowa ze Świąteczną Paczką i nieprzewidzianymi sytuacjami.

Wyprawa do Lwowa ze Świąteczną Paczką i nieprzewidzianymi sytuacjami.

Wróciliśmy ze Lwowa szczęśliwi, że już jesteśmy z powrotem, bo to oprócz dużej satysfakcji z ludzkiej radości, jeszcze 25 godzin w busie, w którym albo było nieludzko gorąco od grzejnika z przodu, albo nieludzko zimno od nieszczelnego nadwozia z tyłu. Ale ludzie twardzi i naprawdę fajni, więc przeżyliśmy.
Mieliśmy przygody, a jakże. Na granicy się okazało, że od 2000 r. na Ukrainę nie mogą wjeżdżać autobusy z przyczepami, więc musieliśmy zawrócić do Polski i przepakować WSZYSTKO do środka. Sześć godzin siedzenia w bezruchu, nie było nawet którędy „na siku” wyjść. Sześć, bo cztery spędziliśmy na granicy, a potem jeszcze dwie w drodze do Lwowa. Do tego nie chcieli nas potem oczywiście przepuścić z busem wypełnionym po brzegi. Taka ukraińska rzeczywistość.

We Lwowie zaraz po zaparkowaniu pod miejscem noclegu okradli nam bus (dobrze, że nie wybili nam szyby, bo byśmy nie mogli nim wracać) i zabrali oprócz dwóch komórek i portfeli, także jeden paszport (przez pomyłkę, bo był w portfelu – drugi zostawili na siedzeniu). Dziewczyny nie posłuchały, że mają wszystko ze sobą zabrać, ale to ze zmęczenia. No i od godziny 20:00 w sobotę (jak się dowiedzieliśmy od kierowców) do 13:00 w niedzielę, trwało załatwianie wszystkiego na milicji i w konsulacie. Na szczęście bardzo nam pomógł nasz ksiądz, u którego nocowaliśmy (m. in. załatwił nam konsula w niedzielę, dzwoniąc do niego na prywatną komórkę, a i milicję wezwał – też prywatnie – dzięki jakiejś dziewczynie z parafii) i jeden z parafian (był nam przewodnikiem, tłumaczem i wsparciem jednocześnie). Udało się zrobić w niedzielę zdjęcia do paszportu (nawet dwa razy, bo było widać jedno ucho, zamiast dwóch), zdobyć cudem euro na opłatę za paszport tymczasowy (w innych walutach konsulat nie przyjmuje wpłat, a we Lwowie jest problem z euro, bo hrywna spadła akurat na łeb na szyję i ludność tubylcza lokuje oszczędności w twardej walucie) i wyrobić go w konsulacie. Wszystko zakończyło się dokładnie w czasie, kiedy główna grupa skończyła po mszy świętej zwiedzanie Cmentarza Łyczakowskiego i pojechaliśmy do domu razem. Kilka cudów nas tam spotkało mimo wszystko.

Nie da się tego opisać, bo wszystko działo się tak szybko, że co godzinę jakieś nowe fakty się pojawiały i biegaliśmy po mieście w trójkę (z Martą i z Anatolem). Paszport ktoś w międzyczasie znalazł na ulicy i oddał do polskiej parafii (właśnie tej, w której spaliśmy), co jeszcze bardziej skomplikowało sprawę, bo trzeba go było anulować (był w obcych rękach wiec mógł być użyty w tym czasie). Nie mogliśmy też na niego wrócić, bo na granicy już był zablokowany. Jeszcze by nas zamknęli „do wyjaśnienia”… No i mieliśmy też wizję odkręcania wszystkiego na milicji (po dwóch wcześniejszych wizytach), żeby już go nie szukali. A tam trzeba mieć świadka, który znalazł paszport, nie można powiedzieć, że znalazł ktoś anonimowy. Dzięki tym przygodom poznałem 15 lwowskich milicjantów, konsula, wicekonsula i starszą panią z konsulatu, która wszystko wiedziała i gdyby na niedzielę pojechała do rodziny na wieś, to byśmy nic nie załatwili.

Andrzej Jagoda

3 komentarze

  • Proponuję utworzyć kącik głupot i bezmyślności i od razu wpisać to, że w konsulacie polskim we Lwowie trzeba wnosić opłaty w Euro!!! Nie w Ukraińskich grzywnach, nie w polskich złotówkach, tylko w obcej walucie. Może my powinniśmy płacić składki w jenach?

  • Mnie przy takich przygodach przypomina się powrót z przemytnikami przez hrebeńskie przejście ;)

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *