Wybory prezydenckie USA 2012

6 października 2012 odbyły się wybory w Stanach Zjednoczonych. Nie tylko prezydenckie, ale także wybory do Senatu (33 mandaty; każde wybory dotyczą jedynie ok. 1/3 mandatów senatorskich), Kongresu, a także wybory na poziomie poszczególnych Stanów (w tym parlamentarne) oraz lokalne (w tym referenda).

Dla przykładu w Kaliforni (gdzie obecnie pracuję) w referendum wyborcy odpowiadają na 11 pytań, m.in. na temat podatków, budżetu, finansowania kampanii politycznych, ubezpieczeń samochodowych, kary śmierci oraz żywności modyfikowanej genetycznie.

Najwięcej uwagi przyciągają jednak wybory prezydenckie. Nie wszyscy wiedzą, że w Stanach Zjednoczonych Prezydent wybierany jest przez Kolegium Elektorów. Ma to swoje powody historyczne: w czasach przed wynalezieniem radia, telewizji, a nawet kolei informacje rozchodziły się znacznie wolniej. Jak w takiej sytuacji zorganizować powszechne wybory prezydenckie w dużym kraju? Nie chodzi nawet o liczenie głosów, ale rzetelne zapoznanie się z kandydatami. Wymyślono zatem system, w którym obywatele każdego Stanu wybierają Elektorów, i dopiero ci Elektorzy wybierają właściwego Prezydenta. Liczba Elektorów danego stanu jest proporcjonalna do jego populacji, liczonej na podstawie spisu powszechnego. Obecnie system ten działa inaczej: ludzie głosują na kandydatów, ale w każdym stanie zwycięzca bierze wszystko: zdobywa tyle głosów, ilu Elektorów przysługuje danemu stanowi. Skutkiem jest pewna przewidywalność: na przykład w Kaliforni generalnie Demokraci mają przewagę, a np. w Teksasie – Republikanie. Z kolei w niektórych stanach żaden z kandydatów nie mógł być pewny zwycięstwa: w Ohio i Florydzie różnica w liczbie głosów była mniejsza niż dwa punkty procentowe.

Po podliczeniu głosów obecny Prezydent Barack Obama został wybrany na drugą kadencję. Jego kontrkandydatem był Mitt Romney, były Gubernator Massachusetts.

Amerykańska kampania prezydencka jest dość agresywna: w sztabie Baracka Obamy działał “Zespół Prawdy”, mający na celu odpieranie ataków na kandydata Demokratów oraz zespół “Ekonomia Romney’a” – ten z kolei ofensywny. Za to Obama był mocno atakowany za dopuszczenie do ataków na amerykańską ambasadę w Libii pomimo ostrzeżeń i próśb o wzmocnienie ochrony, a także próbę zatuszowania incydentu.

Ważnym tematem jest ustosunkowanie się kandydatów do kwestii moralnych. Obama opowiada się zdecydowanie przeciwko ochronie życia poczętego. Co do Romney’a, wydaje mi się że skłania się on ku większej ochronie życia, ale nieco lawiruje i jego stanowisko nie jest zbyt mocne. Podobnie w wielu kwestiach społecznych Obama zajmuje mocne, bardzo liberalne stanowisko, natomiast Romney nieco bardziej konserwatywne, ale raczej słabe i lawiruje.

Sporo uwagi w kampanii zostało poświęcone bezrobociu i przenoszeniu fabryk poza granice Stanów Zjednoczonych, m.in. do Chin. Romney powołał się na swoje osiągnięcia w biznesie (sugerując, że wie jak stworzyć dobre warunki dla firm), oraz mocno podkreślił, że to nie rząd tworzy miejsca pracy, lecz przedsiębiorczy ludzie. Obama zwrócił uwagę na dużą rolę wspólnej infrastruktury w gospodarce, a także dług przedsiębiorców wobec społeczeństwa (ich sukces nie jest wyłącznie ich zasługą).

Słabą stroną Romney’a są gafy. Wypowiedzi takie jak “Nie obchodzą mnie biedni ludzie”, “Średnie zarobki to 200-250 tys. dolarów” czy też “Jutro rozpoczniemy nowe jutro” albo zaprzeczanie samemu sobie (obietnice stworzenia 12 milionów miejsc pracy i podkreślanie, że rząd nie tworzy miejsc pracy) nie przysparzają mu popularności.

Z kolei Obama jako urzędujący prezydent może zostać rozliczony z niezrealizowanych obietnic oraz porażek rządu. W porównaniu z pierwszymi latami rządów, teraz ma mniejsze wsparcie w Kongresie, a także narastające problemy z deficytem budżetowym i zadłużeniem Stanów Zjednoczonych.

W ramach kampanii odbyły się cztery debaty. Moją uwagę zwrócił dość prosty wystrój studio, a także drobne triki stosowane przez kandydatów, np. złośliwe uśmieszki i przewracanie oczami w celu wyśmiania stanowiska kontrkandydata, albo robienie dobrej miny do złej gry, kiedy kontrkandydat przedstawia solidne argumenty.

Co ciekawe, sam dzień wyborów (6 listopada) to wtorek i nie jest on wolny od pracy. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do wyborów w weekend, więc warto zwrócić uwagę na tę różnicę np. podczas porównywania frekwencji.

Mam nadzieję, że ten artykuł przybliżył nieco wyborczą i powyborczą atmosferę w USA.

pwd. Paweł Hajdan

PS
Artykuł ten miał ukazać się zdecydowanie bliżej wyborów. [redakcja]

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *