Strona główna / Wyróżnione / Kuchnia obozowa – przyjemność czy zmora?

Kuchnia obozowa – przyjemność czy zmora?

Kiedyś usłyszałem od jednego instruktora na obozie, co tak naprawdę dzieci zapamiętują po obozie… Macie pomysł, jaka była jego opinia? „Jakie było jedzenie i czy był papier w latrynie”. Zastanówmy się, ile w tym prawdy. Jak wygląda żywienie na obozie? Czy przypomina ono szkolną stołówkę? Czy mimo, że jesteśmy w lesie, powinniśmy jeść jak kiedyś?

Niestety, nie zgodzę się z powiedzeniem, że obóz to obóz i każdy musi jeść tak, jak dają. Na początku też chcę zasygnalizować, że nie jest źle. Na obozach zdarza się jeść dobrze… co prawda sól solą pogania, ale bywało gorzej. Miałem w tym roku przyjemność być kucharzem na jednym z obozów. (od razu wspomnę, że był on wspaniały).

Jak powinna wyglądać współpraca kucharza na obozie? Kto decyduje o tym, czy dzieci będą jeść ryż z sosem, czy ziemniaki z wieprzowiną? Oczywiście, że kucharz. W ZHR brakuje nam trochę zaufania. Jeśli obsadzamy pewną osobę na stanowisku to tylko dlatego, że mamy do niej zaufanie, że zrobi to najlepiej jak potrafi. Czyli będzie gotować tak, by dzieci wróciły zadowolone, by stawka się zgadzała i by dbać o zdrowie naszych podopiecznych. A tak można działać tylko wtedy, gdy nikt tego naszego kucharza nie ogranicza. Nie dyktuje mu, co może kupić a czego nie, tylko zabiera od niego listę zaopatrzenia bez gadania.

Jak tak naprawdę wygląda „żywieniowy dzień” na obozie? Na śniadanie jada się kanapki: pasztet, ser, dżem, wędlina… Jak się komuś przypomni, to i pomidor z ogórkiem się trafi. A jak będzie kasza manna lub jajecznica, to chyba mamy święto. Pewnie koloryzuję… Znaczy na pewno, bo mi nie raz zdarzało się jadać jaja na śniadanie. Ale czy ktokolwiek widział kiedyś sałatę na kanapkach? Bo ja nigdy.

Więc podsumowując, śniadanie to powinien być ZAWSZE główny produkt, czyli: twarożki, jaja, pasty, kasza manna, mleko z płatkami (pełnoziarnistymi), wędliny, sałaty, sery; a dodatkiem jest chleb… Tak tak, moi drodzy, chleb to dodatek, a nie reszta to dodatki do chleba. Jeśli herbata to z cytryną lub kakao (ale tylko prawdziwe). Pamiętajmy, że to bardzo ważny posiłek dnia dla naszych harcerzy.

Wybija godzina 14:00 i czas na obiad. W sumie i tak jest dobrze, bo przeważnie są to dwa dania: zupa i główne. Tutaj nie można się przyczepić. Bywają krytyczne sytuacje, jak przypalenie, niedogotowanie, ale z jakością nie ma co dyskutować, bo jest całkiem w porządku. Choć warto zastanowić się, czemu np. na obozach nie jada się szpinaku? Czemu jemy mało mięsa? Czemu jemy tak mało ryb!? Dobrze, że są te piątki, bo gdyby nie one, to dzieciaki nie znałyby smaku ryby. Starajmy się o świeże; jeśli jest to jeden dzień w tygodniu, to warto się postarać. Niech harcerze poczują smak polskich ryb, a nie tylko pangi, która jest hodowana w kaloszach. No i dodatki witaminowe – pamiętajmy o tym. Surówka to coś wspaniałego! Nie ma nic lepszego dla naszych podopiecznych jak surowe warzywa połączone ze sobą.

Dzień na obozie kończy ognisko, a dzień kuchenny: nasza kolacja. Tutaj niestety pojawia się sytuacja ze śniadania… Chleb chlebem pogania. Kiełbasa i cebula, jaja, pasztet,  etc… Czemu? Kolacja powinna być pożywna, ale tak, by sprawić przyjemność nam i żołądkowi. Czemu on ma się męczyć całą noc, by strawić cebulę i olej? Sałaty/sałatki… coś wspaniałego, tylko te z lekkimi dresingami, a nie majonezem. Na bazie różnych sałat i świeżych warzyw, owoców, mięsa, serów. Jedliście kiedyś ser pleśniowy na obozie? Albo suszone pomidory? Albo wołowinę? No właśnie.

Ja oczywiście jestem za tym, by oszczędnie patrzeć na wszystko. Mógłbym na ten temat napisać znacznie więcej, ale to chyba nie miejsce, by poruszać takie wątki.

Szanujmy żołądki naszych harcerzy, bo dzięki nim te obozy się odbywają i to dla nich je robimy. Zamieniajmy produkty na te z półki wyżej, nie traktujmy piątku jako święta rybnego, a na pewno to zaowocuje.

pwd. Damian Marchlewicz
kucharz obozowy

6 komentarzy

  • cieszę się, że wywołało to tak pozytywne opinie :) nie spodziewałem sie ze takie zdanie jest na ten temat :) mam nadzieję, że szykując swoje obozy i kolonie, przypomni się Wam by spytać kucharzy jakie mają zdanie na ten temat :)

    niestety bywa czasem tak, że to komenda nie ma ochoty na zdrowie

  • Nie powiedziałem, że dżemu nie lubię ;) Nawet to podkreśliłem ;)
    Wszyscy lubią to co słodkie!

  • Alek, ale po dżem w Bartoszymlesie to Twoja drużyna przychodziła najczęściej i byli w stanie zrobić wszystko, żeby go zdobyć. no i ja nie byłam w stanie nie ulec… ;p

  • Fajny artykuł ciekawa dyskusja i ciekawe spostrzeżenia ;) Dla mnie kluczem do sukcesu jest ktoś kto umie, potrafi i chce gotować. Z tego miejsca chcę pozdrowić ubiegłoroczne kucharki z Bartoszegolasu oraz moje ulubione kucharki z Głowna. Dan Ciebie też pozdrawiam ;) póki co jadłem twój prowiant na kurso-wyprawę. Mam nadzieję, że kiedyś poczuję smak twojej kuchni obozowej przez 21 dni.

  • I ja dodam swoje pięć groszy.

    Rozumiem, że sporą częścią wydatków obozowych są posiłki, ale to chyba sprawa na której najmniej powinniśmy oszczędzać. Chyba najważniejszym tego powodem jest zdrowie! I to, że zdrowego odżywiania TEŻ powinniśmy NAUCZYĆ naszych harcerzy (jak i harcerki). I to nie oznacza wcale, że musimy przygotować o tym zbiórkę lub zajęcia na obozie. Wystarczy pokazać po przez obozowe posiłki jak należy jadać, by w głowie chłopakom to zostało. Czasem można też przy posiłku wspomnieć o tym parę razy i to w sumie da lepszy efekt niż tysiąc zbiórek.

    Niestety nie zawsze jemy zdrowo przez oszczędzanie. (nie mówię, że robią tak wszyscy, bo na pewno była by to nieprawda)

    Oto kilka moich spostrzeżeń:
    – pasztet pasztet pasztet pasztetem pogania – nie można uznawać pasztetu jako substytutu mięsa – bo mięsa to jest w nim tyle co kot napłakał – do tego jest to mięso oddzielane mechanicznie czyli mięso najgorszej klasy( i to wcale nie większa część) + spulchniacze. Pasztet nie jest zły, ale nie może być często i być głównym produktem na śniadaniu i kolacji.

    – trochę cukru – czyli dżem. Dżem jest niemalże nieodłącznym elementem śniadań i kolacji. Co prawda to prawda jest w nim trochę owoców, ale cały jego słodki smak pochodzi z dosypywanego do niego cukru. Jedliście kiedyś dżem od babci? Nigdy nie jest tak słodki, a na pewno jest 10 razy bardziej gęsty i mniej przejrzysty, bo ma nieporównywalnie więcej owoców. Dajemy dzieciom czyste kalorie w postaci cukrów. Nie jestem też przeciwnikiem dżemów, bo sam je bardzo lubię na obozie – ale nie może być to główny produkt rano i wieczorem!

    – „jest dokładka mięsa?” – to chyba jedno najbardziej popularnych pytań odnośnie jedzenia przy objedzie w męskiej drużynie lub – „zostało trochę szynki?” – w czasie śniadania. Na obozie jest wiele radosnego wysiłku – widać to po ilości kanapek, która jest w stanie wchłonąć jeden mały harcerz. Chłopcy zdecydowanie więcej ruszają się na obozie niż w domach i organizm wtedy bardzo się rozwija. Potrzebuje białka, które jest budulcem mięśni – czyli potrzebuje mięsa. Postarajmy się, żeby tego mięsa była odpowiednia liczba. By harcerze rzeczywiście rozwijali swoje ciało w czasie aktywności, a nie tkankę tłuszczową. Nie mówię, że tego mięsa nie ma, ale jego przydział jest czasem mały.

    Jeszcze jedno, moim zdaniem bardzo ważne, szanujmy swoje żołądki i swoich harcerzy tak jak w domu. Nie kupujmy tego czego sami nie chcielibyśmy zjeść w domowych warunkach. Harcerz zje wszystko – utarło się takie powiedzenie – ale czy powinien? Żywność to nie tanie produkty, ale chyba czasem lepiej zainwestować w zdrowe jedzenie i jadłospis, by chłopaki czegoś się nauczyli na lata, niż kupić namiot więcej w ramach większego salda poobozowego, który zniszczy się za lat kilkanaście samym leżeniem w magazynie.

  • ja myślę, że najważniejsze i ponad tym wszystkim jest to, żeby gotować na naturalnych produktach, bo jak widzę czasem listę zakupów pełną zupek, sztucznych sosów, itp. albo kucharkę, która wszystko gotuje na bazie PROSZKU, to to aż boli. wiem coś o tym, że ciężko jest ugotować dobrą zupę na samym mięsie i włoszczyźnie, ale jeśli 50l zupy to jedna porcja mięsa i jedna włoszczyzna, a reszta to kostki rosołowe i tak przez ponad 20 dni obozu, to aż strach pomyśleć jak to wszystko od środka na nas działa ;)
    dlatego KOMENDANCI, BŁAGAM, pilnujcie waszych kucharzy i najlepiej od razu zweryfikujcie czy ich gotowanie ma cokolwiek wspólnego z gotowaniem..!

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *